Standardowo rezerwację wycieczki dokonywaliśmy w naszym zaprzyjaźnionym biurze na Długiej, na długo przed wyjazdem, w styczniu lub lutym. Po burzliwym i dramatycznym roku 2011, po krwawych wydarzeniach w Kairze na placu Tahrir i innych miejscach, byłem pełen obaw co do tego, w jakim kierunku pójdzie ten kraj. Hosni Mubarak, długoletni prezydent Egiptu, który wydawał się nienaruszalny na swym stanowisku, został aresztowany i postawiony przed sądem, za przyczynienie się do śmierci setek Egipcjan podczas protestów. Na prezydenta kraju został wybrany przedstawiciel Bractwa Muzułmańskiego Muhammad Mursi i wydawało się, że Egipt powoli się uspokaja, choć kierunek, który obrali rządzący, pod silnym wpływem religijnego bractwa, nie do końca przypadł mi do gustu. Niemniej, pamiętając, że turystyka to ponad 30% dochodu kraju, zdecydowałem się na rezerwację. Przecież słońca nie wyłączą i plaż nie zamkną, a ludzie też tak szybko się nie zmieniają, więc pobyt powinien się udać… Rezerwacja – tym razem na początek października. Jedyną zmienną była ta, że po raz pierwszy miał z nami lecieć nasz Mati – wtedy rezolutny ośmiolatek.
Czas w Polsce mijał, jak to zwykle ma w zwyczaju. Jedynie prędkość z jaką mijał była subiektywnie uzależniona od pracy, pogody, zdrowia, nauki i tych wszystkich innych codziennych spraw, które przez 50 tygodni w roku są na pierwszym miejscu.
Aż przyszedł czerwiec i lipiec, a w Egipcie znowu wszystko się posypało. Zamieszki – tym razem skierowane przeciwko świeżo wybranemu prezydentowi, zaledwie rok na urzędzie – wybuchły z podobną siłą co w 2011. W cały ten egipski ambaras włączyli się wojskowi i dokonali klasycznego zamachu stanu, obalając dotychczasowego prezydenta. Pierwsze skrzypce w tym zamieszaniu grał generał Abd al-Fattah as-Sisi, późniejszy prezydent. Nie wnikając w szczegóły egipskiej polityki wewnętrznej, efekt był taki, że biura podróży w czasie tego całego zamieszania zawiesiły loty do Egiptu…
Rozpoczęła się więc wojna nerwów. Polecimy? Nie polecimy? Przywrócą loty? Nie przywrócą? Do tego uwagi typu: „Z dzieckiem się pchacie na wojnę?! Tam strzelają!” Na szczęście już na tyle byłem obyty i czytany w egipskiej rzeczywistości, że uwagi te pozwalałem sobie puszczać mimo uszu, tym bardziej, że padały one z ust osób, które nigdy na egipskiej ziemi nie stały.
W drugiej połowie września przywrócono loty, więc jeden kamień z serca spadł. Można się było spokojnie pakować. Ten spokój został trochę zakłócony dosłownie na chwile przed lotem, kiedy okazało się, że nasz samolot nie poleci do Marsa Alam, ale do Hurghady, ponieważ lotnisko w Marsa jest zamknięte. Po wylądowaniu transfer odbędzie się drogą kołową… „Ładnie…” – pomyślałem. „Prawie 250 km autobusem po nie do końca spokojnym kraju, z dzieckiem…A biuro nie mogło nas wcześniej zawiadomić? Już ja im po powrocie dam!”
Tak czy inaczej – stawiliśmy się w przewidzianym terminie na lotnisku. Pilnując telefonu i omijając z daleka taras widokowy, (kto czytał część II ten wie dlaczego) przeszliśmy sprawnie przez odprawę i punktualnie znaleźliśmy się w powietrzu. Lot był wcześnie rano, więc przynajmniej Młody, dla którego było to pierwsze w życiu tego typu przeżycie, mógł siedzieć z nosem w oknie i podziwiać widoki. Wszystkie, zmartwienia, obawy i kłopoty zostały na dole; teraz najważniejsze było, że w końcu po dłuuugim oczekiwaniu wreszcie lecimy!
Przelot przebiegł spokojnie, odprawa w Hurghadzie również. Rezydenci biura okazali się przemili. Po sprawnym rozlokowaniu turystów w autokarach, zaczęliśmy podróż do Three Corners Sea Beach. Jazda była nie mniej ciekawa jak lot samolotem, w końcu, pomijając obawy które okazały się płonne, mieliśmy okazję zobaczyć kawałek kraju, co w normalnych warunkach byłoby raczej trudne. Za Safagą zaczęła się absolutna terra incognita – nigdy nie widziałem tej części Egiptu…
Przyjazd do hotelu, rezydent wprowadza nas do wydawałoby się całkowicie pozbawionego gości obiektu. Próbując zabierać wyjęte przez kierowcę bagaże zostałem bardzo uprzejmie poproszony przez boy’a hotelowego o zostawienie tego i przejście do lobby, on się wszystkim zajmie! Pierwsze zaskoczenie – obsługa czeka na turystów jak na Vipów, częstując kolorowymi, wściekle słodkimi koktajlami. Ujmujące, jako że z tym zwyczajem spotkaliśmy się po raz pierwszy. Rezydent doprowadził gości do samej recepcji, wręczając obsłudze nasze paszporty, upewnił się że wszystko jest OK, po czym pożyczył miłego wypoczynku i pożegnał się bardzo uprzejmie, odjeżdżając z pozostałymi turystami do kolejnych obiektów. Samo zameldowanie przebiegło bardzo szybko i już po chwili wręczono nam klucze do pokoju. Dwóch Egipcjan z uśmiechem przyklejonym do twarzy czekało na wskazanie walizek, którymi mogliby się zająć.
Cudowny czas! Wszystko przebiegło sprawnie, miło, bez przeszkód, no cud miód i orzeszki! Aż padło pytanie:
- Gdzie są nasze walizki?...
…
- GDZIE SĄ NASZE WALIZKI???
No żesz… Naprawdę? Czy to naprawdę się dzieje? Oglądamy się na siebie nawzajem, bladzi jak ściana. Mati ściska żółtego pluszowego Kubusia Puchatka. Ja trzymam torbę z aparatem fotograficznym. Żona – torebkę. I to cały nasz bagaż w tej chwili…
-Przecież brałeś walizki!
- No właśnie nie brałem, bo gość z obsługi kazał mi je zostawić… - tłumaczę. Po chwili krew dociera do mózgu, myśli zaczynają biec w odrobinę tylko mniej oszalały sposób. Na tyle, że próbuję wytłumaczyć w recepcji, że w tajemniczy dla nas sposób zostaliśmy pozbawieni dobytku. Na szczęście recepcjonista okazał się być oazą spokoju, profesjonalizmu i uprzejmości. Bez zwłoki wykręcił numer do rezydenta który nas przed chwilą przywiózł, po krótkiej rozmowie dał mi słuchawkę, a rezydent przepraszając, wytłumaczył mi, że kierowca autokaru widząc walizki w trochę innym miejscu niż je zostawił, schował z powrotem do luku będąc przekonanym że wystawił je przez pomyłkę i jadą one do innego hotelu. Mamy się nic nie martwić, iść do pokoju i się rozgościć, a kiedy za mniej więcej dwie godziny autokar będzie wracała do Hurghady, zostawia walizki w hotelu. Obsługa przywiezie je nam do pokoju… Uff, co za ulga… Jednak będziemy mieli się w co przebrać…
Rzeczywiście, po ok. dwóch godzinach mogliśmy się cieszyć odzyskanymi walizkami i już bez żadnych niespodzianek, zacząć pobyt. Być może z uwagi na Matiego, dostaliśmy pokój na parterze, z którego przez taras można było wyjść wprost na wodny plac zabaw i basen ze zjeżdżalniami. Świetna lokalizacja!
Zatem już na spokojnie, najpierw obiad, a potem powolne zapoznawanie się z obiektem. Po kolacji wracając do pokoju, Mati najpierw zbladł, a potem centralnie na głównym deptaku zostawił dorodnego pawia… „Witamy w Egipcie synku! Właśnie przywitał się z Tobą Faraon!” I to był pierwszy i ostatni tego typu incydent w czasie całego naszego pobytu. Duchy faraonów okazały się łaskawe.
Nie będę się rozpisywał na temat pogody, słońca, wiatrów, wody w morzu itd. Wszystko to znacie, wszędzie i zawsze jest mniej więcej tak samo. Napiszę o tym hotelu i o tym, jak funkcjonował w owym czasie…

W hotelu turystów była garstka. Obłożenie – może jakieś 20% Po prostu – było pusto. Na posiłkach, na basenach, w barach. Zawsze ci sami goście widywani w tych samych miejscach o tej samej porze. Głównie Niemcy, trochę Duńczyków, garstka Polaków. Spokój, cisza… A hotel… działał na pełnych obrotach! Kuchnia na każdy posiłek przygotowywała potrawy w asortymencie takim, jakby w hotelu było 100% obłożenia. Codziennie co innego, codziennie świeże! Wołowinka w sosię? proszę bardzo! Udko pieczone z kurczaka? A może pierś kurczaka w sosie? Silwuple! Nie? To może ryba? A wola Państwo filet smażony, czy może pieczona w całości? Ziemniaczki gotowane, ryż, a może świeżo smażone fryteczki? Szukałem wśród dań rzeczy, które mogłem spotkać na wcześniejszych posiłkach, ale gdzie tam! Nic takiego nie miało miejsca. jak im się to kalkulowało – do dzisiaj nie wiem.
A obsługa… Restauracją i obsługującymi ją kelnerami zarządzał zażywny pan, w wieku ok. 60 lat, wiecznie uśmiechnięty, codziennie w idealnie białej odprasowanej koszuli. Był zawsze. Cudowny człowiek, z którym można było porozmawiać o każdej porze i na każdy temat, a skierowane do niego jakiekolwiek pytanie, brał sobie za honor. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie spotkałem tak uprzejmego kierownika sali. Trzeba też przyznać, że kelnerów trzymał żelazna ręką, przez co prezentowali najwyższy poziom. Widać zresztą było, że przychodzi im to bez trudu, bo znali się na swojej robocie.
Pewnego dnia zajęliśmy na śniadaniu stolik, pierwotnie przeznaczony dla jakichś sześciu osób. Oczywiście gości była garstka, więc nie stanowiło to żadnego problemu. Jedlismy niespiesznie jak zwykle pyszne rzeczy, kiedy podszedł do nas jakiś facet ubrany w firmową hotelową koszulę, i zapytała czy tu jest wolne. popatrzyliśmy z żona na siebie trochę dziwnie, ale OK, chce to niech siada, zapraszamy. Więc założył sobie na głowę bejsbolówkę Matiego, która akurat leżała na krześle i poszedł sobie jedzenia nakładać… Wrócił, pożyczył smacznego i jak gdyby nigdy nic zaczął jeść. Przy okazji zadał parę zdawkowych pytań, jak hotel, który raz w Egipcie, czy jedzenie smakuje, i czy Matiemu się podoba. Po skończeniu posiłku obdarzył nas perlistym uśmiechem, oddał Matiemu czapkę, pożyczył miłego dnia i sobie poszedł. Po tym wszystkim podbiegł do nas kierownik sali i oznajmił nam, że właśnie zjedliśmy śniadanie w towarzystwie dyrektora tego hotelu, i że on uwielbia robić podobne numery!
Gości w hotelu było tak mało, że nasz Mati często gęsto był jedynym dzieckiem na basenie i zjeżdżalniach. Poważnie! I dla tego jednego dziecka, były włączane wszystkie wodne atrakcje, a na szczycie zjeżdżalni stał cały czas ratownik. Poza tym, że śmiertelnie musiał się nudzić, czego absolutnie nie okazywał, z punktualnością godną japońskiego metra pilnował godzin działania tych atrakcji. Od 10.00 do12.00 i od 14.00 do16.00. Zegarek można było wg. niego nastawiać. Oczywiście muszę też wspomnieć, że obok basenu funkcjonował na pełnych obrotach bar, w którym tata Mateusza mógł zaspokoić swoje pragnienie… Słowem ten pobyt przerósł nasze najśmielsze oczekiwania.



Przy głównym basenie również funkcjonował bar, otwarty do późnych godzin wieczornych.
W nim poznaliśmy świetnego barmana, o imieniu, jakże inaczej – Mohammed. Uprzejmy i trochę nieśmiały, szybko złapał z nami fajny kontakt. Efektem tego były drinki spoza all inclusive, którymi częstował moją żonę, oraz trzymane specjalnie dla nas schłodzone w lodówce kieliszki do wina z prawdziwego szkła. Pewnego dnia, po tym jak podeszliśmy po kolacji do baru a Mohammed bez słowa wyjął kieliszki i postawił je przed nami napełnione winem, jeden z rodaków zapytał mnie jaką formułę myśmy wykupili, że cieszymy się winem pitym ze szkła a nie ze „szklanego” plastiku. No cóż, odpowiedziałem, ta formuła to życzliwość i uśmiech!
Ten pobyt był niesamowity i wyjątkowy nie tylko ze wszystkich dotychczasowych, ale także z tych odbytych później. Pięknie spędzone dziesięć dni w błogim spokoju i sielance. Aż mniej więcej na cztery dni przed wyjazdem, przyjechali do hotelu… egipscy turyści.
Najazdy Hunów musiały wyglądać podobnie. Było to kilkanaście typowo egipskich rodzin w składzie: mąż – zazwyczaj w wieku podeszłym, trzy – cztery żony i od pięciu do dziesięciu dzieci w wieku od 0 do 13 lat. W restauracji – nie wiedzieli co to kolejka. Jedzenia nabierali w ilościach które przyprawiały o zawrót głowy, nakładając kopiate talerze i zastawiając stoły piramidami żarcia. Większa cześć jedzenia trafiała później na podłogę, szczególnie wtedy, kiedy na stołach zasiadały dzieci. Istny Armagedon, który bezskutecznie próbowali opanować kelnerzy, z zażenowaniem świecąc oczami przed zdumionymi gośćmi z innych krajów. W basenie, kiedy dzieci i ich matki zaczęły się kąpać w tych samych strojach w których były na posiłkach, woda zaczęła przypominać zupę. Mój Mati dzielnie próbował walczyć o każdy gąbkowy materac pozwalający na zjazd zjeżdżalnią, ale w końcu poległ pokonany znaczna przewaga ilościową przeciwnika.

Jak się okazało, hotel, w uwagi na trudną sytuację spowodowaną rewolucją i brakiem turystów zagranicznych, przyjął gości miejscowych, którzy zapłacili za ten pobyt horrendalne pieniądze. ich przyjazd jest związany z jakimś miejscowym świętem i dniami wolnymi, a ludzie ci są bardzo majętni, skoro stać ich na taki pobyt. No cóż, nasze wakacje dobiegały końca, więc nie pozostało nam nic innego jak to jakoś przetrzymać…
Tak też się stało i po paru dniach, z bagażem pełnym wyjątkowych wspomnień i beż żadnych dodatkowych „atrakcji” wylądowaliśmy w Polsce.
„To gdzie lecimy za rok?…”
PS.
Ostatnie akapity poświęciłem opisowi zachowania Egipcjan, ale absolutnie nie po to, aby się z nich wyśmiewać. Wielokrotnie później, przy okazji kolejnych pobytów, miałem okazję mieszkać w hotelach z turystami egipskimi i przyglądać się im. Widziałem, jak ich zachowanie ewoluuje na przestrzeni lat, stając się coraz bardziej podobnym do normalnego zachowania turystów z zachodu. Widać też było przez te lata, że oni „uczą się” zachodnich standardów i chcą być coraz bardziej „zachodni” W zeszłym roku, turyści egipscy niczym nie różnili się od turystów z zachodu, poza językiem. Do tego stopnia, że niektóre kobiety opalały się w bikini.
PS - 2
Na koniec zagadka. Od kogo zaczerpnąłem pierwsze zdanie? Prawidłowe odpowiedzi zostaną nagrodzone krótką opowieścią wyjaśniającą skąd się wziął tytuł serii.