Zapach Egiptu część II

Ogólnie o Egipcie

Moderatorzy: oldi, SlawekR

Awatar użytkownika
beny
Posty: 356
Rejestracja: 19 sie 2021, 21:16
Podziękował;: 347 razy
Otrzymał podziękowań: 161 razy

Zapach Egiptu część II

Post autor: beny »

Lubię samoloty. Mało powiedziane – mam na ich punkcie prawdziwego hopla (żeby nie powiedzieć – pierdolca…) Dlatego kiedy w 2010 roku po raz drugi było nam dane polecieć do Egiptu, a w dodatku z „mojego” lotniska w Balicach, nie mogłem się powstrzymać i zaraz po nadaniu bagażu zabrałem żonę na świeżo wyremontowany taras widokowy. Z tarasu można było zobaczyć płytę postojową, a w oddali fragment pasa, akurat ten ze strefą przyziemienia. Ponad godzina do odlotu – luz…
Przednią ścianę tarasu stanowiły szklane tafle przymocowane do metalowych słupków. Od podłogi był postawiony niewielki betonowy gzyms. Pomiędzy gzymsem a szkłem była pięciocentymetrowa przerwa. Po co? Wtedy jeszcze nie wiedziałem. Przed szklaną ścianą stała jeszcze metalowa barierka, pewnie po to, żeby się o nią oprzeć. Skoro już tam była, to się o nią wygodnie oparłem i delektowałem się widokiem ruchu na płycie.
No dobra, trzeba poinformować świat, że się właśnie odlatuje w ciepłe kraje. Ostatni sms i idziemy na odprawę paszportową i do gate’u. Oparty o barierkę wyciągam zamaszystym ruchem telefon z kieszeni…
I wtedy to się stało. Jak na zwolnionym filmie widzę, że moja ręka trąca telefonem tą przeklętą barierkę, telefon mi wypada, robi efektowne salto w powietrzu i spadając kieruje się wprost na gzyms, po czym z gracją się od niego odbija, prześlizguje się przez przerwę i ląduje po drugiej stronie, na dachu, dobry metr od ściany…
OŻESZ KOORRWA MAAĆ!!!
Stoję, patrząc z niedowierzaniem na opalizujący w słońcu kolorem blue, całkiem nowy GALAXY S3, leżący sobie na dachu Międzynarodowego Portu Lotniczego Kraków-Balice im. Jana Pawła II. W tym momencie samolot mający nas zabrać do Sharm El Sheik właśnie dotknął kołami lotniska. ON TIME. Do odlotu jakieś 45-50 minut….
Najpierw w głowie pustka. Żona stoi jak słup soli, ja z resztą też. Patrzymy raz na siebie, raz na telefon. Co robić? Przecież go tu nie zostawię! Myśl!
Rozglądam się w poszukiwaniu pomocy. Nikogo nie ma… Nie! Właśnie na taras wchodzą, rozmawiając ze sobą, dwie sprzątaczki.
- Proszę Pań, czy mogą mi Panie pomóc? Telefon mi wypadł i leży o tam – wskazuję palcem niebieski przedmiot po drugiej stronie szklanej tafli.
Kobiety popatrzyły za moją ręką, potem na mnie, jak na wariata, potem zaczęły się rozglądać za ukrytymi kamerami, gdyż w ich mniemaniu, właśnie znalazły się w kolejnym odcinku programu pt. „Mamy Cię!”
- …Ale jak Pan to zrobił?!
- No uderzyłem o tą barierkę, telefon mi wypadł z ręki i przeleciał przez tą szparę! – pokazuję przeklęty otwór między gzymsem a taflą. Teraz już wiem po co go zrobili – żeby telefony przez niego wypadały!
- Da się tam jakoś wejść?
- Panie, to lotnisko, a nie kamienica, nie można ot tak wejść na dach!
-Ale może da się coś zrobić? My za chwilę mamy samolot! – moja mina przypominała minę błagającego kota z filmu „Shrek”…
Popatrzyły na mnie z politowaniem, które po chwili przerodziło się w autentyczną troskę.
- Niech Pan czeka, zadzwonię do konserwatora, powinien być w pracy – powiedziała jedna z nich.
„- Halo! Cześć! Ty jesteś na porcie? Jednemu Panu telefon wypadł na dach, mógłbyś go dostać? Nie robię sobie żadnych jaj! Stał na tarasie i mu telefon wypadł na dach. No poważnie!...Gdzie?... Acha… To za ile będziesz?... Kto?... No dobra przekażę mu! No na razie, cześć!”
- No więc, proszę Pana, konserwator jest na krajowym i za jakieś 10 minut będzie tu szedł. Tylko mówi, że wejście na dach jest w pokoju zajmowanym przez Straż Graniczną, i trzeba u nich załatwić, żeby go wpuścili… - powiedziała do mnie po zakończeniu rozmowy.
Krajówka… za 10 minut… Zacząłem szybko liczyć czas. Przejście z terminala krajowego na międzynarodowy zajmuje jakieś 10-15 minut. Plus 10 minut to jest 20-25, a realnie bardziej 30. Samolot odlatuje za 40… Ale jeszcze ze Strażą trzeba załatwić wejście…
- Serdecznie Paniom dziękuję! A jak ja znajdę tego konserwatora?
- Niech się Pan nie martwi! Niech Pan czeka pod tym pokojem, z którego jest wejście na dach, od tam podejdzie! My już musimy iść do swojej roboty, do widzenia Państwu! – i poszły, rozmawiając między sobą… Zapewne wieczorem w ich domach rodziny będą boki zrywać ze śmiechu w czasie opowieści o jednym turyście.
Dobra! Lecę do SG załatwiać wejście na dach. Najprościej znaleźć kogoś przy bramkach bezpieczeństwa, na parterze. Biegniemy tam. Cholera po jakiego czorta ten terminal jest tak wielki? Źle było jak miał rozmiary dworca autobusowego i wszystko było obok siebie?
Z wywalonym jęzorem dopadam jakiegoś chorążego, który akurat przechodził po drugiej stronie taśmy – barierki. Wzbiłem się na wyżyny perswazji i powołałem się na wszelkie możliwe znajomości, żeby go zainteresować tematem, ale się udało. Powiedział mi, że pokój, z którego jest wejście na dach znajduje się akurat w strefie mojego gate’u na piętrze, ale zajmuje go ZIS (Zespół Interwencji Specjalnych) a oni właśnie są na treningu… Zaraz zadzwoni do ich szefa zapyta, kiedy wracają… (ciśnienie 500!...)
-No więc dzwoniłem do nich i już wracają, będą za jakieś pół godziny…
-Kurde, za tyle mniej więcej odlatuje mój samolot – powiedziałem zrezygnowany
- To zrobimy tak, że jak nie zdążą to telefon będzie u nas czekał i odbierzesz go po powrocie… - próbował mnie pocieszać. Ten pomysł wydawał się coraz bardziej prawdopodobny, tym bardziej że z głośników rozległ się komunikat:
„Pasażerowie odlatujący do Sharm El Sheik proszeni są o podchodzenie do bramki nr…”
I tak więcej już zrobić nie mogłem, powlekliśmy się zatem do tej naszej bramki, bo i tak miał tam podejść konserwator. Przyszedł po jakimś czasie, akurat wtedy, kiedy z głośników popłynął komunikat:
„Uwaga! Pasażerowie (tu padają dwa nazwiska – nasze…) proszeni są o zgłoszenie się do bramki nr…”
Podszedłem do obsługi i mówię jaka jest sytuacja. Oni oczywiście rozumieją, ale samolot musi odlecieć o czasie, itd…
Mijają kolejne minuty. Sala pustoszeje, wszyscy pasażerowie zeszli już do lotniskowych autobusów. Wreszcie na schodach pojawiają się ubrani w treningowe mundury, obwieszeni peemami, ZIS-owcy. Otwierają drzwi. Konserwator wspina się na drabinkę, wychodzi na dach, po chwili schodzi i podaje mi mój telefon, a my z żoną jednym susem dopadamy do bramki i podajemy karty pokładowe z paszportami! W ostatniej chwili…! Za nami nikogo, gate zamknięty, spokojnego lotu!
(Pamiętajcie! Na lotnisku najwięcej może załatwić sprzątaczka! Musicie tylko znaleźć tę odpowiednią…)

Lot przebiegł spokojnie. Co jakiś czas sprawdzałem tylko, czy mam w kieszeni telefon…
W Sharmie wylądowaliśmy późnym wieczorem. Otwarły się drzwi samolotu, Na płycie lotniska znów można było zobaczyć te wszystkie dziwne pojazdy w barwach EGYPTAIR. Stanąłem na progu samolotu, ciepłe powietrze uderzyło przyjemnie po twarzy. Wciągnąłem w nozdrza zapach… taak! Ten sam!
Lotnisko było prawie puste, nie licząc potężnego Boeinga 747 stojącego opodal. Fajna maszyna, pierwszy raz dane mi było oglądać ją z tak bliska. Dopiero w terminalu okazało się, że przyleciał całkiem niedawno przed nami i przywiózł na pokładzie 500 turystów z Rosji, którzy właśnie stali w kolejce po wizy, do odprawy, potem po bagaże… No cóż, luźniej zrobiło się dopiero po wyjściu, gdzie przedstawiciele biur podróży kierowali turystów do odpowiednich autokarów. Ta część podróży poszła całkiem sprawnie i po chwili wyjechaliśmy z terenu lotniska. W tym momencie opadła mi szczęka… Nie, nie z powodu nagłego hamowania… Zobaczyłem największe rondo na świecie! „Ale mają rozmach, s……ny!” – pomyślałem z podziwem o Egipcjanach, choć po chwili przestałem się dziwić. „A sumie, dlaczego nie? Placu przecież im nie brakuje, to se strzelili rondo widoczne z kosmosu!” (Kto był i widział, ten wie o czym piszę)
Dojechaliśmy do naszego hotelu Shores Aphoras. Po zameldowaniu boy hotelowy zaprowadził nas do pokoju. Na ścianach korytarza – półotwartego, jak to w Egipcie, powitały nas cudnie wyglądające małe gekonki, biegające w taki sposób, jakby były zwolnione z zasad grawitacji. Dobra, dolar w rękę, SZUKRAM na pożegnanie. Jeszcze tylko sprawdzić czy klima działa i spać.
hotel nocą.JPG
Poranek przywitał nas tym, co w Egipcie jest najlepsze, czyli słońcem, słońcem i słońcem. Poszliśmy na pierwszy posiłek. Po śniadaniu, czas na rozglądnięcie się za miejscem, które może być naszym ulubionym do leniuchowania i poznanie terenu hotelu. Wybór padł na niewielki basen w środku ogrodu, trochę oddalony od plaży, za to z barem w pobliżu. Rozłożyliśmy ręczniki na leżakach i jak przystało na doświadczonych turystów, posmarowaliśmy się kremami o odpowiednim, wysokim faktorze. Po czym, jako człowiek spragniony zimnego egipskiego piwa, udałem się do baru, z dolarem w ręce. Obsługiwał go barman o imieniu Mohammed. Przywitałem się uprzejmie, poprosiłem o dwa piwa i wrzuciłem banknot do kufla z napisem „TIPS” życząc mu jednocześnie dobrego dnia. Mohammed uśmiechnął się, podziękował i podał mi dwie szklaneczki cudownie smakującego, orzeźwiającego, zimnego piwa marki STELLA. Wróciłem do żony, podałem jej szklankę i rozpocząłem wypoczywanie.
Czas upływał nam na rozmowie, głównie o hotelu i warunkach, całkiem przyzwoitych, jakie zastaliśmy i jakie wokół panowały. Ludzi wokół naszego basenu było niewiele, większość turystów gromadziła się na plaży. Komentowaliśmy także sam bar i jego obsługę, czyli Mohammeda, który pracował rozlewając jakieś drinki do szklanek.
- Pewnie zamówili Ci Anglicy z naprzeciwka – powiedziałem do żony, wskazując parę Anglików rozłożonych po drugiej stronie basenu. Musieli być już kilka dni, gdyż ON był w kolorze raka, wysmarowany od stóp do głów czymś białym, co prawdopodobnie miało go chronić przed jeszcze poważniejszymi oparzeniami.
- Pewnie tak… - odpowiedziała małżonka, po czym zatopiła się w lekturze jakiegoś wakacyjnego czytadła.
Barman skończył przygotowywanie drinków. Bar był opustoszały. Położył przygotowane drinki na tacy i wyszedł zza kontuaru kierując się w naszą stronę.
- Ty, Kasia, on idzie chyba do nas – powiedziałem
- Eee, co ty! A zamawiałeś coś?
- Nie!
-Hi my Friends! These are the drinks for you! What's your name? Kaszia? Nice! And this is for you! – I wręczył mi zimniutkie Cuba Libre, obdarzył promienistym uśmiechem i wrócił zadowolony do siebie. Po raz drugi opadła mi szczęka! Nie tylko mnie, zresztą. Anglicy z naprzeciwka aż się podnieśli z leżaków, widząc tą scenę. Dopiero teraz zauważyłem, że ich stoliczku stały plastikowe kubki… Myśmy dostali drinki w prawdziwym, zmrożonym szkle. Ale żeby jeden dolar miał taka siłę nabywczą??? – dziwiłem się w duchu.
To nie chodziło o dolara. Tak zadziałał zlepek uśmiechu na twarzy, uprzejmości w głosie, życzliwości w rozmowie. Zielony banknot był tylko dodatkiem. Mohammed okazał się być przefajnym gościem, z którym przez cały pobyt przegadaliśmy kupę czasu. Był typowym Egipcjaninem. Pokaż mu że go szanujesz, że szanujesz jego pracę, doceń jego starania, a będzię Ci chciał nieba przychylić. Nie wywyższaj się, turysto z Polski; doceń prawie 5 tysięcy lat cywilizacji, uszanuj inną kulturę, tradycję, religię. Bo jesteś gościem i masz obowiązek szanować gospodarzy i to co dla nich ważne. Zrób to, a Egipcjanie sprawią że będziesz się czuł jak król dzielnicy!
Mohammed.JPG
Poranek dnia następnego przywitał nas oboje dziwnym uczuciem. To uczucie brało się bezpośrednio z dolnej części naszych trzewi i objawiało się nadmiernym zużyciem papieru toaletowego. OK – witamy w Egipcie! Nie trafiła się za pierwszym razem, to trafiła się za drugim – zemsta Faraona. Szybko skończył się ANTINAL w syropie, kupiony jeszcze poprzednim razem w Hurghadzie, który przezornie zabraliśmy ze sobą. Trzeba było kupić czym prędzej nowy, jako że jestem mężczyzną i w dodatku czułem się odrobine lepiej, nietrudno zgadnąć że wybór padł na mnie.
- Tylko wracaj szybko – pożegnała mnie żona i poszedłem, zasięgając po drodze w recepcji języka, gdzie tu jest najbliższa apteka. Daleko nie było, wystarczyło wychodząc z hotelu skręcić w prawo i iść do najbliższej przecznicy. Łatwo powiedzieć, iść znacznie trudniej w pełnym słońcu z Faraonem na plecach.
Ten sprzedawca musiał mnie zauważyć znacznie wcześniej, niż ja jego. „Ocho!” – pomyślał – „Idzie jakiś biały zmarniały turysta i patrzy na moją aptekę. Na pewno będzie potrzebował coś na sraczkę. To będzie dobry biznes…”
- Dzień dobry! – powiedziałem na wejściu, starając się jednocześnie mieć najbardziej obojętną minę na świecie. – Ma Pan może ANTINAL?
- Mam – odrzekł sprzedawca. Na obojętne miny wygrał ze mną w przedbiegach.
- Ile kosztuje?
- 20 dolarów – Podał mi opakowanie tabletek. Nawet mu powieka nie drgnęła.
- ILE? To za drogo!
- Nie musisz kupować… - Wiedział że jest sprzedawcą jedynej czynnej apteki w okolicy.
- Dobraa, daj! – skapitulowałem.
Wróciłem do hotelu i zażyliśmy odpowiednie dawki leku. Trochę pomogło, Na tyle, że można było w miarę normalnie funkcjonować. Ale coś było najwyraźniej nie tak, bo następny dzień i następny, a dolegliwości nie ustępowały. Owszem było lepiej, czasem gorzej, ale po paru dniach organizm powinien się przyzwyczaić do innej flory bakteryjnej, a tu nic!
Wreszcie doszliśmy do wniosku, że to z jedzeniem w tym hotelu musi być coś nie tak. Zaczęliśmy się baczniej przyglądać temu, co jest wystawione na posiłkach. Zaczęliśmy wybierać produkty jedynie całkiem nowe w menu i takie które wyglądały na bardzo dobrze wysmażone lub ugotowane. Zero sosów do sałatek, zero sałatek, zero czegokolwiek co obciążyłoby układ pokarmowy. Pomogło!
W naszych podejrzeniach utwierdził nas Mohammed.
- To kiepski hotel, w porównaniu z innymi, w których pracowałem, z bardzo kiepskim żarciem – powiedział nam któregoś dnia w czasie kolejnej rozmowy. – Mohammed tu nie je. Mohammed idzie sobie na miasto, woli sobie kupić bułkę, tuńczyka, tu w hotelu jedzenia nie tyka! - stwierdził z przekonaniem.
- To teraz już wszystko jasne! – odparliśmy. Stosując opracowaną selekcję jedzenia, dotrwaliśmy tak do końca pobytu.
No, ale przyszedł czas na zwiedzanie! A jak zwiedzanie z Sharmu, no to wiadomo – Kair!
Wyjazd z hotelu podobnie jak do Luksoru – o barbarzyńskiej godzinie. Lunch boxy pobrane z recepcji, choć słowo „lunchbox” o piatej rano brzmi cokolwiek dziwnie. Autokar pełen turystów. Tym razem jechał już sam, nie w kolumnie prowadzonej przez policję, za to z ochroniarzem – policjantem w środku. Był to elegancki pan w średnim wieku, obowiązkowo w czarnym garniturze. Pod marynarką miał sprytnie ukrytą kaburę szelkową, a w niej Hecklera & Kocha MP5K. Wygląd tej broni, a w szczególności wyraźne przetarcia oksydu na ruchomych częściach wskazywał, że nie służyła jedynie jako ciężarek.
Podobnie jak w Hurghadzie, wyjazd lub wjazd z rejonu miasta wiąże się z przejazdem przez checkpoint. Tyle że tym razem, inaczej niż dwa lata temu, wszyscy na przejściu przykładali się do swojej roboty. Autokar się zatrzymał i zgasił silnik. Luki bagażowe zostały otwarte i dokładnie przez policjantów sprawdzone. Do środka wszedł policjant i każdy z nas został poproszony o okazanie paszportu. Tak – na tą wycieczkę trzeba było zabrać ze sobą paszporty, w których musiała być wklejona normalna wiza za 15 dolarów.
Cieszyłem się na tą podróż z wielu powodów, a jednym z nich był ten, że zobaczę kanał sueski. Płonne okazały się być moje nadzieje. Mogłem się domyślać, że skoro stać było Egipcjan na wybudowanie największego ronda, ot tak, dla kaprysu, to przeprawa przez kanał nie będzie się odbywać jakimś mostem, tylko tunelem i to takim, że początek i koniec były daleko od brzegów kanału. Więc kanału nie zobaczyłem.
Za to Kair… O matko! Tu chyba trzeba mieć inną kategorię prawa jazdy, żeby tu jeździć. Kategoria K - jak Kair. Ruch nie-wiem-iloma-pasami w każdą ze stron. Klakson oznacza zarówno pozdrowienie znajomego, opieprzenie staruszka który za wolno przechodził przed maską, oznajmienie zamiaru skrętu w prawo i danie do zrozumienia kierowcy obok że kompletnie nie umie jeździć. (Chyba mają opracowany jakiś specjalny kod, ale nie byłem w stanie go rozkminić. Może uczą tego na kursie jazdy po Kairze?) Do tego piesi solo, piesi w grupkach, matki z dziećmi, dostawcy arbuzów z dwukółkami, wszyscy przechodzący między samochodami we wszystkie możliwe strony świata. Jakby tych samochodów w ogóle nie było. Fakt, że głównie stały, a nie jechały, ale na litość boską, trzeba chyba mieć amputowane poczucie strachu, żeby tak przemykać między pojazdami przez pięć pasów!
Patrzyłem na kierowcę naszego autokaru. Twarz idealnie obojętna, ot normalność. Maska Tutenchamona wyrażała więcej emocji. Wiem, bo kiedy dotarliśmy do Muzeum Kairskiego przy placu Tahrir, mogłem ją zobaczyć na własne oczy.
Muzeum zrobiło na nas wrażenie piorunujące. Przyzwyczajony do standardów polskich muzeów, nie spodziewałem się takiej ilości zabytków. Szerokie korytarze i wielkie sale wystawowe, zastawione tysiącami wielkich, dużych, małych i całkiem malutkich rzeźb, płaskorzeźb, kolumn, rydwanów, tronów, płyt z hieroglifami itp. Sarkofagi i trumny Tutenchamona – coś wspaniałego. Specjalna sala poświęcona tylko temu faraonowi, z wisienką na torcie – szczerozłotą maską pośmiertną – r e w e l a c j a!
A to całe bogactwo poznawane ze świadomością, że Egipt został nieprawdopodobnie wprost ograbiony ze swojego dziedzictwa i największe skarby tego kraju znajdują się w muzeach Londynu, Paryża i Berlina…
Kolejnym punktem kairskiego zwiedzania był rejs po Nilu. Wrażenie robił widok wspaniałych rezydencji wybudowanych przy rzece w czasach kolonialnych. Po rejsie poznanie „miasta umarłych”, czyli cmentarza zamieszkałego przez jak najbardziej żywych, ale biednych Kairczyków. Zwiedzanie najstarszej w mieście, koptyjskiej kaplicy Świętej Maryji. Na koniec gwóźdź programu – Giza!
Ależ one blisko miasta stoją! W telewizji wydaje się, że są pośrodku pustyni, a tu – pomiędzy domami!
miasto piramid.JPG
Heopsa (ta najwyższa), Hefrena (ta z fragmentem wapiennego licowania na szczycie) i Mykerinosa (ta z trzech wielkich – najmniejsza) A pomiędzy nimi jeszcze kilka mniejszych piramid. I on. Od tysięcy lat pilnujący spokoju tego tajemniczego miejsca. Jak samo miejsce – równie tajemniczy. Sfinks…
W czasie, kiedy tam byliśmy, dosłownie za kilka dni, miał się odbyć koncert Andrei Bocellego. W związku z czym cała połać terenu przed Sfinksem była już ogrodzona, a na niej postawiona scena i miejsca dla publiczności. Porozstawiane krzesła, obsługa dokonywała dosłownie ostatnich zmian i poprawek. Dlatego do wejścia prowadzącego do tej świątyni przed Sfinksem, z której następnie przechodzi się wzdłuż niego, trzeba było wówczas nadrobić trochę drogi i obejść zastawiony kwartał bokiem. Aż przyjechali Polacy i przeprawili się centralnie przez miejsca dla publiczności, nie zważając na rozstawione ograniczenia. No cóż, fakt faktem, że zrobili to sprawnie – obsługa nawet nie zdążyła zareagować. A może zrezygnowała z jakiejkolwiek próby reakcji… Nie wiem i nawet chyba nie chcę wiedzieć… Ech rodacy… (Przy okazji – koncert był wspaniały i odbił się szerokim echem w świecie kultury. Oglądałem fragmenty pięknego widowiska z oświetlonymi piramidami w tle, w hotelu, w jakiejś egipskiej stacji TV)
Nie sposób wspomnieć o jeszcze jednaj atrakcji, jak nas na tej wycieczce spotkała, Mowa tu o wizycie w oczywiście jedynej tradycyjnej i najstarszej fabryce perfum w całym Kairze. Wszystkie inne to ściema, tylko ta oferuje perfumy naturalne, produkowane według najstarszych receptur. Okej, byłem już w jedynej manufakturze alabastru i jedynym muzeum papirusów, pora na jedyną wytwórnię perfum, do kompletu!
Posadzono nas w dużej Sali. Jej ściany były zastawione witrynami, w których wystawione był przecudnej urody szklane flakoniki na perfumy. Najpierw poczęstowali pyszną miętową herbatą lub mocną kawą, co kto chciał. Następnie opowiedzieli o produkcji perfum, z jakich składników są robione, jak są poszczególne zapachy komponowane. Potem zaprezentowali próbki perfum pachnących identycznie jak najpopularniejsze i najdroższe zapachy świata. A następnie poinformowali nas, o wyjątkowej okazji jaką przygotowali tylko dziś specjalnie dla naszej grupy, która polegała na tym, że jak się kupi ileś tam flakonów perfum to ma się ileś tam zniżki przy kasie, lub któryś z kolei flakon za darmo. Prawdziwa okazja, z której wielu turystów skorzystało. (Rada praktyczna – perfumy owszem pachną. Ale zostawiają tłuste plamy na odzieży, bo są robione na bazie olejków…)
Dzień szybko minął. Powrót męczący, znacznie bardziej męczący niż droga do Kairu, mimo że bez przeszkód. Jeszcze tradycyjny bakszysz dla kierowcy i spać!

Pozostałe dni mijały szybko, zbyt szybko. Muszę jeszcze wspomnieć o snurkowaniu na hotelowej rafie. Prowadził do niej długi pomost, zakończony schodami, które schodziły bezpośrednio do wody. Schody miały dobre trzy metry długości, a duża fala przybojowa kilkukrotnie nas skutecznie odstraszyła przed wejściem. Kiedy w końcu któregoś dnia zdecydowaliśmy się posnurkować, zaraz po tym jak zeszliśmy do wody zerwał się wiatr, dość mocny i nie uwierzycie – zaczął padać deszcz! i tyle było ze snurków, Jeszcze nam ratownik musiał koło rzucić, bo w kapokach nie byliśmy w stanie przebić się przez silny prąd wody…
Tak minął drugi nasz wyjazd do Egiptu, Pełen wrażeń, zarówno pozytywnych, jak i mniej pozytywnych. Jak to w życiu – czasem słońce, czasem deszcz. W związku z tym zrobiliśmy z żoną mocne postanowienie, że jak tylko będzie można to wracamy, żeby się przekonać po raz trzeci, które wrażenia wezmą górę.
Cóż, nie mogliśmy wiedzieć, że za parę miesięcy Egipt stanie się areną dramatycznych wydarzeń, że loty zostaną odwołane, że będziemy śledzić wydarzenia i trzymać kciuki za ten wspaniały naród. I że wreszcie, w 2013, polecimy na jeden z najwspanialszych pobytów w Egipcie, ale to już, jak się pewnie domyślacie, będzie zupełnie inna opowieść…
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Ostatnio zmieniony 22 sie 2021, 17:31 przez beny, łącznie zmieniany 3 razy.
Za ten post autor beny otrzymał podziękowania (total 4):
oldi (22 sie 2021, 11:51) • coralowyzawrotglowy (22 sie 2021, 12:53) • farmi (22 sie 2021, 13:21) • McJack (22 sie 2021, 19:38)
Awatar użytkownika
Milo
Posty: 3244
Rejestracja: 18 sie 2021, 18:24
Podziękował;: 804 razy
Otrzymał podziękowań: 331 razy

Re: Zapach Epiptu część II

Post autor: Milo »

...i to jest piękne Benny, lubię to czytać i jeszcze ...i jeszcze ...i....jeszcze :D
...w końcu nic nie muszę... tylko mogę :D
taskar
Posty: 5674
Rejestracja: 17 sie 2021, 21:37
Podziękował;: 76 razy
Otrzymał podziękowań: 1140 razy

Re: Zapach Epiptu część II

Post autor: taskar »

beny pisze: 22 sie 2021, 11:25
Beny, ależ ty jesteś płodnym pisarzem :) Jak przeczytam całość z należytą uwagą, to coś dorzucę – bo takie literackie posty (ech, tu już trzeba napisać: PUBLIKACJE!) zasługują i domagają się dopisania / odpisania na nie.
Ale na razie, okiem starego korektora / edytora: popraw tytuł wątku, bo wyszło niechcąco "Zapach Epiptu". Chyba że to nowy wątek - epiptowo... ale jeśli tak, to ja protestuję, bo tam nie byłem ;)
Za ten post autor taskar otrzymał podziękowania (total 2):
beny (22 sie 2021, 17:15) • oldi (22 sie 2021, 17:36)
Czasami myślę, że bóg, tworząc człowieka, przecenił trochę swoje możliwości (O. Wilde)
Awatar użytkownika
oldi
Posty: 4401
Rejestracja: 15 sie 2021, 21:31
Podziękował;: 1493 razy
Otrzymał podziękowań: 3339 razy

Re: Zapach Epiptu część II

Post autor: oldi »

taskar pisze: 22 sie 2021, 14:42 Ale na razie, okiem starego korektora / edytora
Tak się właśnie dziwiłem na co Tobie te bryle? ;)
beny znowu klasa mistrzowska!
Za ten post autor oldi otrzymał podziękowanie:
beny (22 sie 2021, 17:15)
Świat stoi na opak. Nie jest dobrze, ale zeby miało być tak cołkiem źle, to tego nie powiym.
Ksiądz Józef Tischner
taskar
Posty: 5674
Rejestracja: 17 sie 2021, 21:37
Podziękował;: 76 razy
Otrzymał podziękowań: 1140 razy

Re: Zapach Epiptu część II

Post autor: taskar »

oldi pisze: 22 sie 2021, 15:56 Tak się właśnie dziwiłem na co Tobie te bryle? ;)
A widzisz - jednak się przydają :)
Czasami myślę, że bóg, tworząc człowieka, przecenił trochę swoje możliwości (O. Wilde)
Awatar użytkownika
Shibuya
Posty: 3102
Rejestracja: 15 sie 2021, 21:27
Podziękował;: 400 razy
Otrzymał podziękowań: 831 razy

Re: Zapach Egiptu część II

Post autor: Shibuya »

Rewelacyjny opis :) Pamiętam te czasy, gdy do Sharm można było polecieć z Krakowa. Jakie to było piękne ... Wyjść z domu, wsiąść w autobus/taxi je jechać na lotnisko :) Szkoda, że już nie ma lotów z Krakowa. Nie rozumiem dlaczego je wycofali, ale bardzo nad tym ubolewam.
Za ten post autor Shibuya otrzymał podziękowania (total 2):
beny (28 sie 2021, 11:22) • oldi (28 sie 2021, 11:31)
Kiedy coś kochasz, po prostu to rób ... ;)
Awatar użytkownika
beny
Posty: 356
Rejestracja: 19 sie 2021, 21:16
Podziękował;: 347 razy
Otrzymał podziękowań: 161 razy

Re: Zapach Egiptu część II

Post autor: beny »

Shibuya pisze: 28 sie 2021, 10:52 Rewelacyjny opis :) Pamiętam te czasy, gdy do Sharm można było polecieć z Krakowa. Jakie to było piękne ... Wyjść z domu, wsiąść w autobus/taxi je jechać na lotnisko :) Szkoda, że już nie ma lotów z Krakowa. Nie rozumiem dlaczego je wycofali, ale bardzo nad tym ubolewam.
To była świadoma polityka portu lotniczego, który nie chciał być kojarzony z liniami czarterowymi. Balice miały ambicje być drugim portem w Polsce, dlatego opłaty lotniskowe w Krakowie są wyższe niż w Katowicach i czartery się tam przeniosły. Do tego dochodziła mała płyta postojowa, zdecydowanie mniejsza niż w Katowicach, no i sąsiedztwo wojska. Pyrzowice mają zdecydowanie lepiej, bo wojsko się dawno wyprowadziło i cała powierzchnia lotniska jest dla cywilnych statków powietrznych
Za ten post autor beny otrzymał podziękowanie:
oldi (28 sie 2021, 11:31)
Awatar użytkownika
Shibuya
Posty: 3102
Rejestracja: 15 sie 2021, 21:27
Podziękował;: 400 razy
Otrzymał podziękowań: 831 razy

Re: Zapach Egiptu część II

Post autor: Shibuya »

Mimo wszystko czekam z nadzieją, może kiedyś wrócą loty do Egiptu do Krakowa :)
Kiedy coś kochasz, po prostu to rób ... ;)
ODPOWIEDZ