Egipt pachnie. To zapach jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny i zapadający w pamięć. Atakuje nozdrza zaraz po wyjściu z samolotu na którymkolwiek z egipskich lotnisk w basenie morza czerwonego. To mieszanka zapachów pustyni, paliwa lotniczego, rozgrzanego betonu i morskiej bryzy. Ten aromat powoduje, że za każdym razem na mojej twarzy pojawia się banan i nie znika z niej aż do zamknięcia drzwi samolotu w drodze powrotnej. Od kilku lat ten zapach przypomina mi też, że po czterech godzinach lotu znów jestem jakby u siebie… Że właśnie zaczynają się dwa najfajniejsze tygodnie w roku!
1. Pierwszy raz, niezapomniana lekcja.
Mój pierwszy wyjazd do Egiptu zaczął się tak naprawdę w Hiszpanii, trzy lata wcześniej. To była podróż poślubna do malowniczego skądinąd miasteczka Malgrat de Mar. Pobyt w baaaardzo skromnym hotelu, który w Polsce był zachwalany jako przyzwoity dwugwiazdkowy. Na miejscu okazało się, że przynajmniej jedna gwiazdka gdzieś odpadła. Do tego trzeba dodać ponad 24 godziny podróży autokarem w jedną i w drugą stronę, śmieciarki, które o piątej rano odbierały śmieci z hoteli przy głównej promenadzie (nie wiedzieć czemu śmieci wystawiane były od frontu a nie od tyłu) i panią właścicielkę, na oko około 70-letnią matronę o aparycji harpii, która przy każdym posiłku pilnowała, żeby przypadkiem czegoś ze stołówki nie wynieść. No cóż, takie to były wtedy czasy i takie nasze możliwości wypoczynku. W każdym razie to tam powstała myśl, że następne wakacje na jakie nas będzie stać, to wypoczynek z prawdziwego zdarzenia, w miejscu, gdzie będzie ciepło, sucho, z pysznym jedzeniem i klimatyzacją w pokoju!
Po kilku latach, kiedy już można było sobie zadać pytanie o jakiekolwiek wakacje, padło „A może Egipt?”
Decyzja o wyborze miasta i hotelu tak naprawdę została podjęta pod wpływem Pani z agencji turystycznej, za co jej się należą dozgonne podziękowania! Wybór padł na Hurghadę i hotel Arabella Azur, co okazało się na pierwszy raz strzałem w dziesiątkę.
Wylądowaliśmy we wrześniowy, czwartkowy wieczór, już po zachodzie słońca. Od razu zwróciłem uwagę na dwie rzeczy: niespotykane w Polsce ciepło i na opisany na wstępie zapach. Odprawa na lotnisku i transfer do hotelu minął bardzo sprawnie, choć wszystko wtedy było dla nas nowe, począwszy od białych uniformów policjantów, przez nieprawdopodobnie chaotyczny ruch drogowy, po tłumy miejscowych na ulicach, bawiących się i spożywających przygotowywane na ulicy posiłki. Jak nam wytłumaczono – był to w tym czasie okres Ramadanu, w czasie którego muzułmanie od wschodu do zachodu słońca w ciągu dnia nie spożywają posiłków.
Mocno zmęczeni podróżą i wrażeniami z pierwszych chwil na egipskiej ziemi, zalegliśmy snem mocnym, w zasadzie bez jakiegokolwiek zapoznania się z hotelem, w którym przyjdzie nam spędzić następne dwa tygodnie. Poranek przyniósł za to OCHY i ACHY, oczy szeroko otwarte, zagubienie w hotelowej restauracji, onieśmieleni uprzejmością obsługi…
Nasz hotel został zbudowany w stylu przypominającym arabskie miasteczko, z półokrągłymi kopułami dachów i śnieżnobiałymi ścianami. Wśród jedno i dwukondygnacyjnych budynków, kryjących ciągnące się długie korytarze, tarasy i podcienia, wiły się uliczki, co w całości przypominało na pierwszy rzut oka labirynt miasta jakby żywcem wyjętego z baśni o Aladynie. Samo dotarcie z pokoju do restauracji położonej bezpośrednio nad morzem, gdzie uraczyliśmy się po raz pierwszy pysznym śniadaniem, zakrawało na cud. Musiała minąć spora chwila, zanim przyzwyczailiśmy się do egipskich standardów gościnności i mnogości jedzenia do wyboru. Tak posileni i zafascynowani miejscem w jakim się znaleźliśmy, stwierdziliśmy wspólnie, że pora na zwiedzanie miasta! Tym bardziej, że jak dowiedzieliśmy się dzień wcześniej, w ciągu 24 godzin od przylotu do Egiptu, turysta na podstawie wizy egipskiej w paszporcie, może dokonać zakupów w sklepach wolnocłowych. Oczywiście chodzi o zakup alkoholu wysokoprocentowego, bo jak wiadomo w krajach muzułmańskich w normalnych warunkach jest to mocno utrudnione, a w sklepach wręcz niemożliwe. Z takim postanowieniem, wybraliśmy się na spacer do sklepu wolnocłowego, który miał być gdzieś niedaleko… O słodka naiwności, chciałoby się teraz rzec!
Zaopatrzeni w mapę miasta wielkości kartki A4, wyruszyliśmy żwawo w kierunku centrum. Dziś ta część Hurghady jest zabudowaną dzielnicą na miarę XXI wieku, wtedy, dwanaście lat temu, była dopiero co wyrwaną przez miasto cząstką pustyni… Niezrażeni tym wcale, zawędrowaliśmy w rejon starego portu i nowo budowanego meczetu. Zaczynała się tam dzielnica typowo rybacka i na wskroś miejscowa, ze straganami pełnymi ryb, owoców, przypraw, z na wpół otwartymi jatkami pełnymi jagnięcych półtusz zwisających z haków w pełnym słońcu i z uwijającymi się wśród tego sprzedawcami, odzianymi w szaroniebieskie galabije. W tym anturażu oraz zgiełku targowej ulicy, znalazło się dwoje nieopierzonych i nieświadomych turystów z Polski, świecących z daleka białą skórą, jedynie w nielicznych wystawionych na słońce miejscach powoli się czerwieniejącą, a to z powodu tego, że owi turyści nie pomyśleli, żeby przed wyjściem posmarować się kremem z filtrem powyżej 10! Widok dla miejscowych musiał być zaiste przedziwny.
Dobra! Zabłądziliśmy, ale nie popadajmy w panikę. Jak nie da się dojść pieszo, to wynajmiemy taksówkę. Jeździ ich bez liku, a w dodatku nie może być przecież zbyt droga, przecież jeszcze w Polsce wszyscy bardziej obyci mówili, że Egipcjanie uwielbiają się targować i należy w pertraktacjach być twardym! Więc w taki sposób podchodzę do taksówkarza i twardo negocjuję cenę przejazdu do wolnocłowego. Taksówkarz nieugięty, bardzo niewiele schodzi ze swojej ceny, nawet nie zbliżając się do poziomu proponowanego przeze mnie. W końcu teatralnym gestem odchodzimy od niego udając, że nie skorzystamy z usługi, na co on błyskawicznie akceptuje proponowaną cenę. Dobijamy targu i z uśmiechami obustronnej życzliwości wsiadamy do czarno-żółtego Lanosa z charakterystyczną szachownicą na boku, a po przejechanych kilku metrach taksówkarz , z nieschodzącym z twarzy uśmiechem pyta się czy włączyć klimatyzację? Oczywiście – przecież na zewnątrz jest ze 45 stopni! „Okej, nie ma problemu! 5 dolarów ekstra dopłaty za klimę!” W ten sposób odebrałem pierwszą lekcję targowania się z Egipcjanami. Zapamiętam ją do końca życia, a wnioski z niej wyciągnięte postanowiłem zastosować bardzo szybko, co zaowocowało brakiem jakichkolwiek nieporozumień handlowych w przyszłości.
Jak się okazało, cel naszej podróży, czyli sklep wolnocłowy, był oddalony dobre 15 min. jazdy taksówką. Mieliśmy wrażenie, że dojechaliśmy na drugi koniec miasta. Pożegnawszy się serdecznie z taksówkarzem, pełni nadziei na udane zakupy podeszliśmy pod drzwi i odbiliśmy się od klamki… Piątek. W krajach islamskich dzień święty, dzień modlitwy i odpoczynku. Sklep w piątki nieczynny… Tak, to druga odebrana tego dnia lekcja, również dość skutecznie zapamiętana!
Po powrocie do hotelu (taksówką oczywiście) dalsza część dnia upłynęła na leczeniu oparzeń słonecznych i odcisków na nogach. (Ostatni raz miałem na nogach „japonki”!) Ale potem było już tylko lepiej Okazało się, że w tym samym czasie do tego hotelu przyjechały jeszcze dwie pary, podobnie ja my „pierwszorazowi” w Egipcie, zatem dalszy pobyt staraliśmy się spędzać już razem. Wielka pomoc okazała rezydentka nieistniejącego już biura, w owym czasie jednego z liderów egipskiego kierunku. Sporo rzeczy nam wytłumaczyła, na wiele szczegółów zwróciła uwagę. Dziś, po latach, te informacje wydają się oczywiste, wtedy były dla nas ważną lekcją kraju Faraonów i obyczajów w nim panujących.
Cała nasza grupa była zgodna co do tego, że jak już tu jesteśmy, to koniecznie trzeba coś zwiedzić. Wybór padł na Luksor, do którego z Hurghady jest ociupinkę bliżej niż do Kairu. Pobudka chyba gdzieś przed piątą rano, w recepcji mimo tej nieludzkiej pory na każdego czekał suchy prowiant na podróż. Autokar punktualnie zabrał nas sprzed wejścia i po wizycie w kilku innych resortach i zebraniu kompletu wycieczkowiczów pojechaliśmy na parking za miasto. Dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, że rejon Hurghady jest strzeżony jak odrębne państwo, a na rogatkach stoją całkiem solidne przejścia graniczne, za całym anturażem – znudzonymi żołnierzami na wieżach obserwacyjnych, policjantami sprawdzającymi dokumenty i ładunek samochodów, wozami opancerzonymi zaparkowanymi na punktach i kolejką Egipcjan poruszających się wszelkiej maści pojazdami, od najnowszych ciężarowych mercedesów po rozklekotane łady i stare renówki pamiętające czasy sierżanta Ludovica Cruchot. Na tym przejściu okazało się jednak, że turyści zagraniczni i wiozące je autokary mają najwyraźniej coś w rodzaju paszportów dyplomatycznych, bo autokar przejechał ledwo się zatrzymując. Po krótkiej jeździe zatrzymaliśmy się na potężnym parkingu, gdzie autokary były formowane w kolumny mniej więcej po pięćdziesiąt sztuk i w asyście wozów policyjnych udawały się w kierunku Luksoru.
Cała kawalkada poruszała się bardzo sprawnie. W Safadze odbiliśmy w lewo, zniknęło morze za to pojawiły się góry. Pustynne góry. Z ostrymi zakrętami, podjazdami i zjazdami. Kilka razy widzieliśmy w wąwozach wraki autobusów – znak że nie zawsze ta podróż jest tak miła…
Po drodze krótki postój na kawę w przydrożnym zajeździe. Znikąd, wydawałoby się na środku pustyni, pojawiły się kobiety z dziećmi proszące o bakszysz, handlarze wszelkim dobrem niezbędnym turyście, a więc ręcznikami, arafatkami we wszystkich wzorach i kolorach, koralikami, figurkami z alabastru i Bóg wie czym jeszcze.
Kilkadziesiąt kilometrów przed Luksorem wjechaliśmy w żyzne tereny zasilane wodami Nilu. Mnogość zieleni, drzew, pól uprawnych z całym katalogiem roślin przyprawiła nas o stan zbliżony do oczopląsu. Do tego niedokończone domy przy drodze, osły, muły, konie, wielbłądy, zarówno z jeźdźcami jak i bez. Wozy uginające się pod setkami kilogramów arbuzów, czego tam nie było! Człowiek latał od okna do okna i patrzył na otaczający go świat z rozdziawionymi ustami
Po dotarciu do Luksoru, plan wycieczki obejmował standardowe miejsca zwiedzania, czyli świątynię w Karnaku, świątynię Hatszepsut, Dolinę Królów, kolosy Memnona, przeprawę łodzią po Nilu, obiad, wizytę w „jedynej prawdziwej” manufakturze alabastru. Kolejność oczywiście była inna, ale to dla potrzeb tej opowieści jest absolutnie nieważne. Ważne jest to co mój rozum zanotował:
Jak oni to zbudowali??? (Karnak i Hatszepsut)
Jak oni to wyrzeźbili??? (Kolosy, aleja sfinksów, wszystkie ozdoby światyń)
Właśnie znalazłem się w najgorętszym miejscu na Ziemi! (Dolina Królów)
Jak oni to namalowali, że kolory wytrzymały pierdyliard lat i wyglądają jakby były wymalowane wczoraj??? (freski w grobach)
Ta łajba na pewno przewiezie tyle osób?... A ten facet w galabiji na pewno jest sternikiem?... (Był… i to jakim! – to o przeprawie przez Nil)
Dzień pełen wrażeń, powrót stanowiący odwrotność drogi do Luksoru – góry, postój, Safaga, parking, przejście graniczne (już zawsze te checkpointy będę tak nazywał – skrzywienie zawodowe), rozwózka do hoteli. Godzina coś około 24 – raaany, jacy my jesteśmy zmęczeni…
Następny dzień minął wyłącznie na leniwym odzyskiwaniu sił. Na szczęście barmani mieli zimne piwo, tudzież inne trunki i ingrediencje do koktajli wszelakich. Jako już doświadczeni egiptomaniacy (w naszym mniemaniu oczywiście) na skórę dysponowaliśmy wyłącznie kremy 30+ i do końca pobytu słońce nie zrobiło nam krzywdy. Muszę też wspomnieć o pierwszym w życiu snurkowaniu i kontakcie z rafą. Nasz hotel, jako jeden z nielicznych w Hurghadzie dysponuje niewielką, ale piękną rafką. Na pierwszy raz wydawała mi się olbrzymia (w porównaniu do akwarium morskiego w Gdyni, czy nawet w Barcelonie) Ale hitem był 5 metrów od brzegu, na płyciźnie do kolan, ukwiał, a w nim rodzina błazenków! Odwiedzaliśmy Nemo prawie co dzień. Kiedy dwa lata temu będąc w sąsiedniej Arabii odwiedziłem Arabellę, tej części z ukwiałem i błazenkami już nie było…
Dwa tygodnie szybko minęły. Pod znakiem wypadu na souk, (targowaniu) zakupach perfum, (targowaniu) wieczornych wypadach do centrum pod McDonalds (ten naprzeciwko Sea Gull) i sklepu KLEOPATRA BAZAR (bez targowania! – polecam) Na zabawach w dyskotece KALABUSH z boku naszego hotelu… ech! Ani się człowiek obejrzał i wylądował w Katowicach…
I co, to już? Już koniec? Już nie zjem omleta na śniadanie, nie wypiję pysznej kawy, nie popchnę przepysznym ciasteczkiem? Nie przywitam się z barmanem, kelnerami, obsługą HOUSE KEEPING i ratownikami? Nie usłyszę wieczornego zgiełku ulicy, niekończącego się trąbienia klaksonami, nawoływań taksówkarzy, nagabywań sklepikarzy w stylu CZESZCZ JAK SZE MASZ KOCHANIE? U MNIE DOBRA CEENA!
NIEEE! Za rok wracamy do Egiptu! To nasze miejsce!!! (Wróciliśmy dopiero po dwóch latach, tym razem do Sharm El-Sheik, ale to będzie już inna opowieść)
Zapach Egiptu część I
- beny
- Posty: 356
- Rejestracja: 19 sie 2021, 21:16
- Podziękował;: 347 razy
- Otrzymał podziękowań: 161 razy
Re: Zapach Egiptu
- Za ten post autor beny otrzymał podziękowania (total 2):
- taskar (21 sie 2021, 14:47) • coralowyzawrotglowy (22 sie 2021, 12:54)