Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Ogólnie o Egipcie

Moderatorzy: oldi, SlawekR

Awatar użytkownika
beny
Posty: 356
Rejestracja: 19 sie 2021, 21:16
Podziękował;: 347 razy
Otrzymał podziękowań: 161 razy

Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Post autor: beny »

Ta mucha była wyjątkowo upierdliwa. Inne przylatywały, pobzyczały, gdzieś siadły, wystraszone machnięciem ręki odlatywały. A ta się uparła. Najpierw usiadła na czubku dużego palca u prawej nogi. Przespacerowała do jego nasady, po czym, gdy energiczne kopnięcie nogą w gęste gorące powietrze przerwało jej spacer, najkrótszą drogą, przeleciała na duży palec lewej nogi. Stwierdziwszy jednakowoż, że nie ma tam nic ciekawego do roboty, przeleciała mi tuż przy lewym uchu, a następnie krótkimi skokami najpierw odwiedziła czubek nosa, potem prawe przedramię, potem znów okolice nosa i lewego oka, aby powrócić na prawa stopę. Widocznie moja prawa stopa była na tyle interesująca, że warto było ją odwiedzić ponownie. Kolejne kopnięcie. Mucha dała tymczasowo spokój mojemu ciału i zainteresowała się szklanką na poły wypełnioną złocistym trunkiem marki STELLA, stojącą w cieniu na stoliku obok leżaka, na którym wypoczywałem. Spojrzałem w lewo. Moja żona właśnie odłożyła na ten sam stolik telefon, skończywszy czytać kolejnego ebooka.
- Może byśmy polecieli następnym razem gdzieś indziej? – zapytała.
Mijała właśnie połowa naszego kolejnego pobytu w Egipcie. Połowa pobytu to właśnie ten czas, kiedy uzyskujemy największy poziom odpoczynku, który potem utrzymuje się już do końca. To również czas, kiedy znudzenie osiąga przyjemnie wysoki stan, podbudowywany dodatkowo świadomością, że to jeszcze dłuuugo potrwa. Cudowne nic nierobienie. No, może poza przeganianiem wyjątkowo upierdliwych much.
- A gdzie chciałabyś lecieć?
- No nie wiem, tu już wszędzie byliśmy. Wymyśl coś…
Biorąc tę wypowiedź na logikę, miała ona niewiele wspólnego z prawdą, gdyż właśnie zaliczaliśmy dopiero dziewiąty egipski hotel, z ogólnej liczby mniej więcej pierdyliarda resortów, funkcjonujących w tym wspaniałym kraju. Nie byliśmy w El Gounie. Nie byliśmy w Asuanie, bo jakoś się do tej pory nie złożyło. Nie byliśmy ani w Aleksandrii, ani w Marsa Matrouh. Już miałem się odezwać i wykazać niezbicie, jak bardzo kochana moja żona się myli, ale machnąłem ręką. Mucha na to poderwała się i odleciała drażnić sąsiadów, a ja zacząłem się zastanawiać, gdzie polecieć następnym razem.
Po powrocie do kraju nasze rozmowy na temat miejsca przyszłego wyjazdu nabrały zupełnie innego wymiaru, gdyż uświadomiliśmy sobie, że za chwilę będziemy obchodzić piętnastą rocznicę ślubu… To wymaga specjalnej oprawy, nieprawdaż? A prezent też sobie można sprawić fajny. Więc szybka decyzja – Karaiby! A jak Karaiby, to albo Dominikana, albo Kuba. Parę lat wcześniej na Dominikanie wylądował mój brat ze swoją lepszą połową. W trakcie imprezy powrotno-wspominkowej, po serii szybkich i konkretnych pytań z naszej strony, doszli do wniosku, że na Dominikanie jest prawie jak w Egipcie. Mając zatem cały czas w pamięci tamtą imprezę i tamto stwierdzenie, wybór padł na Kubę. Wiedziałem bowiem, że w kraju Fidela, na pewno nie będzie jak w Egipcie…
Nasza egipska rozmowa z muchą w tle odbywała się w czerwcu. Rocznicę ślubu obchodzimy w sierpniu. Żeby zakup zachował walory prezentu, w lipcu poszliśmy do naszego zaprzyjaźnionego biura podróży i zarezerwowaliśmy dwa tygodnie na Kubie, w marcu przyszłego roku. Fajny prezent sobie sprawiliśmy!
Pozostało nam osiem miesięcy oczekiwania. Zastanawiałem się, jak będzie. Czy znajdę tam zapach, choć odrobinę podobny do egipskiego? Do tej pory Kuba była dla mnie zupełną terra incognita. Oczywiście pewne ogólnie znane fakty z historii kojarzyłem, ale nigdy bliżej nie interesowałem się tym krajem. Była taka wyspa, produkowali tam rum i cygara, w latach 60-tych był kryzys kubański, a w stanie wojennym polskie statki przywoziły kubańskie, kwaśnie jak cholera, pomarańcze. Jak do tej pory tyle informacji o Kubie mi wystarczało. Nadeszła jednak pora, kiedy miało się to zmienić.
Wolne chwile w trakcie tych paru miesięcy oczekiwania na podróż poświęciłem na zapoznawanie się z przydatnymi turyście informacjami. Dowiedziałem się więc, że dolarów nie ma sensu zabierać, bo posiadanie dolara przez Kubańczyków jest surowo zakazane i nikt mi ich nie wymieni, a jak już, to po kursie państwowym z jakimś kosmicznym podatkiem. Następnie przepastne zasoby Internetu poinformowały mnie, że na Kubie funkcjonują dwie waluty: jedną posługują się miejscowi, drugą posługują się turyści. Obie waluty nazywają się Pesos, przy czym jedno to peso cubano CUP – niewymienialne, którym posługują się lokalsi; drugie to peso convertible CUC – wymienialna waluta dla turystów. Wartość jednego CUC to około 1 euro, wartość jednego CUP to wartość papieru toaletowego. Lepiej się nie pomylić przy płaceniu. To mniej więcej tyle.
Zaraz! Stop! Nie, to nie wszystko! W tym czasie oczekiwania przypomniałem sobie coś, co spowodowało gęsią skórkę, która do samego przylotu na Kubę mi nie zniknęła… SAMOCHODY!!! Te wszystkie krążowniki szos z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, pozostawione przez Amerykanów w stanie oryginalnym, utrzymywane w sprawności technicznej, z moim ulubionym obiektem westchnień – Chevroletem BelAir ’55!

Obrazek

No to teraz można już było podjąć jedynie słuszną decyzję, do której dojrzewałem od jakiegoś czasu. Należało wymienić sprzęt fotograficzny. W związku z czym mój wysłużony PENTAX K-X odszedł na zasłużoną emeryturę, pozostawiając w nieutulonym żalu kilka obiektywów, a zastąpił go model K-70. Jak się po czasie okazało, to była bardzo dobra decyzja!
Nareszcie nastąpił ten oczekiwany i upragniony dzień. A raczej noc z drugiego na trzeci marca, bo w środku owej pory trzeba było wyjechać do Warszawy, żeby rankiem znaleźć się na Okęciu. Na Kubę miał nas zabrać wysłużony Boeing 767 w barwach linii Blue Panorama. Prawdopodobnie spora część podróżnych w ogóle by nie wsiadła na pokład, wiedząc, ile ten samolot ma lat. Ja byłem w pełni spokojny, bo zawczasu sprawdziłem sobie flotę tej linii. Wszystkie wymagane resursy zachowane, remonty na czasie, zatem samolot pod względem sprawności technicznej niczym nie ustępował maszynom dopiero co opuszczającym fabrykę w Seattle.
Odprawa przebiegła sprawnie. Zajęliśmy miejsca na pokładzie, maszyna odkołowała od rękawa i po chwili byliśmy w powietrzu, oglądając w pierwszym wirażu panoramę miasta. Zaczynała się 11-sto godzinna podróż do Nowego Świata…
Jedenaście godzin lotu… To dłużej niż do Egiptu i z powrotem, bez wysiadania. Fakt, że kadłub trochę szerszy niż w „autobusie 737” który tak dobrze znaliśmy z lotów do Hurghady, więc powietrza i przestrzeni trochę więcej. Ale te 11 godzin dało w kość, nie ma co gadać. W czasie lotu dwa posiłki, smaczne, ale typowo „samolotowe”. Książka - przeczytana. Muzyka – wysłuchana. Gry na telefonie – zgrane do cna. Odrobina snu, byle jakiego, bo na siedząco, z szumem silników za oknem, z głową ukochanej żony na ramieniu. Za oknem - monotonnie niebieski ocean. Lecimy na zachód, czyli „z dniem”. Ten dzień będzie dla nas dłuższy niż 24 godziny…
Wreszcie zaczyna się coś dziać. Jakieś wyspy na dole, których nie potrafię rozpoznać. Cholera wie czy to Bahamy, Bermudy, czy jakieś wysepki należące do Florydy. Po chwili zapala się piktogram zapięcia pasów, obsługa zaczyna poprawiać fotele i zamykać luki bagażowe, znak, że zaczęliśmy procedurę lądowania na Aeropuerto Internacional Abel SantaMaria – międzynarodowym lotnisku w pobliżu miasta Santa Clara na Kubie.
Samolot przyziemił na nieprawdopodobnie połatanym i wyboistym pasie startowym, byłego, a może wciąż aktywnego, lotniska wojskowego, przystosowanego jako tako do obsługi zagranicznych turystów. Podjechał tuż pod budynek terminala, choć słowo „terminal” powinno być zamienione na „dworzec”, taki bardziej autobusowy…
Wysiedliśmy z radością prostując nogi, ręce i co tam kto miał jeszcze do wyprostowania. Zaciągnąłem się pierwszym haustem kubańskiego powietrza, szukając znajomego zapachu. Nadaremnie! Zapachu Egiptu tam nie było…
To powietrze było zupełnie inne. Czy Kuba pachnie? Tak, ale inaczej, nie tak intensywnie, delikatniej. Najbardziej ten zapach przypominał mi zapach Beskidów w czerwcu. Bo pierwsze co rzuciło się w oczy, to soczyście zielone połacie drzew i krzewów, gdzieś tuż za granicą lotniska. Temperatura powietrza oscylowała w okolicy 25 stopni, wiał lekki wiaterek. Niebo usłane było typowymi dla ładnej pogody białymi chmurami. To co przypominało, że jesteśmy jednak w tropikach, a nie w słoneczny czerwcowy dzień w Polsce, to oczywiście wszechobecne palmy. Ale inne niż te dotychczas znane palmy egipskie. Bardziej rozłożyste, bardziej zielone, a niektóre potężne, wyrastające na kilkanaście metrów w górę, ponad korony innych drzew. Ten widok potężnych palm wyrastających tu i ówdzie, będzie nam już towarzyszył wszędzie na Kubie…
Tymczasem trzeba było przejść całą procedurę odprawy. Z samolotu przeszliśmy piechotą do budynku dworca. Nawet nie wiem, czy tam są lotniskowe autobusy. Pewnie są, ale nasz samolot stanął tak blisko wejścia, że jazda autobusem nie miałaby żadnego sensu. Przedstawiciele służb granicznych z poważnymi, urzędowymi minami. Próżno szukać tej egipskiej otwartości i życzliwości dla turystów. Mam wrażenie, że są specjalnie szkoleni, aby turyście ze zgniłego kapitalistycznego zachodu pokazać powagę i majestat socjalistycznego państwa. (Tu uwaga wyłącznie dla panów, kobiety – nie czytać! Panowie – w życiu nie widziałem tak ładnych celniczek! Chyba są specjalnie dobierane wprost z wybiegów dla modelek - powaga! Kobiety – mówiłem, żeby nie czytać…)
Po wyjściu z dworca nastąpiła dobrze wszystkim znana procedura umieszczania turystów w autokarach i po jakimś czasie ruszyliśmy w ponad dwugodzinną podróż na wyspę Cayo Santa Maria.
Dopiero teraz można było zobaczyć, w jak innym świecie się znaleźliśmy. Droga była równa, zadbana, pusta. PUSTA! Przez całe kilometry nie mijaliśmy żadnego samochodu. Jeśli już, był to najczęściej stary ZIŁ, albo Łada. W pobliżu wsi i małych miasteczek zaczynał się ruch konnych dwukołowych wozów. Były one, w zależności od sytuacji albo załadowane jakimiś bliżej nieokreślonymi płodami rolnymi, albo po prostu ludźmi, siedzącymi z każdej strony. Wsie i miasteczka – typowe ulicówki jak w Polsce, były zabudowane domkami wielkości polskich domków działkowych. Parterowe domeczki, wielkości ok. 40-50 metrów kwadratowych, stojące na maleńkiej parceli, z obowiązkową werandą od strony ulicy. Bez okien, bez firanek, za to z kratami. Jak nam wytłumaczono – kraty na całej wyspie nie służą temu do czego zostały wymyślone, ale są ozdobą zastępującą firankę! Więc im bardziej zakratowany dom, tym ładniejszy i modniejszy, a nie bardziej bezpieczny. Brak okien z kolei jest oznaką praktyczności. W tak łagodnym klimacie, bez mrozów, są one większości niepotrzebne.
Na wyspę Cayo Santa Maria prowadzi specjalnie usypana grobla. Dojeżdżając do jej początku, wreszcie poczułem się jak w Egipcie! Checkpoint jak w Hurghadzie! Betonowe przejście graniczne ze służbami sprawdzającymi każdy samochód. Wjazd na wyspę – wyłącznie dla turystów zagranicznych posiadających wykupiony pobyt w jednym z hoteli, dla Kubańczyków pracujących na wyspie - za okazaniem specjalnej przepustki, oraz dla tych miejscowych wybrańców, którzy jakimś sposobem dostali wczasy na wyspie. Reszta ludności może jedynie pomarzyć o odwiedzeniu tego miejsca.
Kiedy przyjechaliśmy pod hotel Valentin Perla Blanca, który przez najbliższe dwa tygodnie miał być naszym domem, było już po zmierzchu. W olbrzymim hallu, poza recepcją, znajdował się spory bar w formie prostokątnej wyspy. Przy barze oraz przy stolikach rozmieszczonych po całej przestrzeni, siedzieli goście, pijąc przeróżne drinki, a pomiędzy stolikami uwijały się kelnerki i kelnerzy, roznosząc napoje. Z głośników sączyła się miejscowa muzyka. Byliśmy pod wrażeniem dyskretnego luksusu, którym przywitał nas ten hotel.
Resort ten jest potężny. Ponad 1000 pokoi umieszczonych w dziewiętnastu budynkach. Nie dziwne, że pomiędzy recepcją a pokojami turyści wożeni są meleksami. Przydzielony nam pokój zaskoczył nas przede wszystkim… szklaną ścianą pomiędzy sypialnią a łazienką. Nawet fajna rzecz, częściowo mleczna, częściowo transparentna. Trochę gorzej jak w nocy ktoś musi skorzystać i zapalić światło. Ale da się z tym żyć. Wreszcie można się było położyć w wygodnym łóżku i zasnąć, w oczekiwaniu co przyniosą następne dni.
Pamiętam, że wyjątkowo dobrze spałem tej nocy. (Umiarkowany jetlag miał się pojawić dopiero następnego dnia) Po przebudzeniu rankiem, po wyjściu z pokoju w drodze na śniadanie nasze uszy zaatakowała… cisza. Błoga cisza, bez żadnego dźwięku cywilizacji, przerywana jedynie od czasu do czasu krótkim, ni to krzykiem, ni to piskiem niewidocznych ptaków. Ten dźwięk dochodził zza ściany lasu. Często można spotkać to wyrażenie – „ściana lasu”. Ale dopiero tam, na Kubie, zobaczyłem, że las może mieć dosłownie ścianę. Zielony mur powiązanych gałęzi przeróżnych drzew i krzewów, zaczynający się tuż przy ziemi, absolutnie nie do przejścia bez pomocy maczety. Tropikalna dżungla, na wyciągnięcie ręki…
Po długiej podróży i głębokim śnie, jako tako wypoczęci ruszyliśmy na śniadanie, które według godzinowej rozpiski posiłków trwało już w najlepsze. Dotarliśmy do dużej, głównej restauracji hotelu. Widok klasyczny dla tego typu miejsc – potrawy wyłożone na szwedzkich stołach, stoliki czteroosobowe, obsługa kelnerska kręcąca się pomiędzy gośćmi, rozlewająca napoje. Z wolnymi miejscami nie było problemów, więc wybraliśmy sobie stolik w miarę blisko jedzenia, „żeby za daleko nie chodzić”
Po chwili podeszła do nas miła kelnerka i całkiem niezłą angielszczyzną zapytała, czy chcemy się napić wody. Odpowiedzieliśmy uprzejmie, że dziękujemy za wodę, za to żona chętnie napije się soku pomarańczowego, a ja poproszę o kawę. Więc żonie nalała soku, a mnie nalała kawy z termosu. Na próżno szukałem na stole łyżeczek, zatem poprosiłem kelnerkę o łyżeczkę. Podała mi ją, sięgając do szuflady stołu kelnerskiego.
Na drugi dzień, siedliśmy przy tym samym stoliku, w rewirze tej samej kelnerki. Zapytała, czy chcemy się napić wody. Odpowiedzieliśmy uprzejmie, że dziękujemy za wodę, za to żona chętnie napije się soku pomarańczowego, a ja poproszę o kawę. Więc żonie nalała soku, a mnie nalała kawy z termosu. Na próżno szukałem na stole łyżeczek, zatem poprosiłem kelnerkę o łyżeczkę. Podała mi ją, sięgając do szuflady stołu kelnerskiego.
Na trzeci dzień siedliśmy przy tym samym stoliku, w rewirze tej samej kelnerki. „Wody? Nie dziękujemy, poprosimy sok i kawę. Ok! … Przepraszam, mogę prosić łyżeczkę?!”
Na czwarty dzień - to samo. Noż kurczę! W Egipcie na drugi dzień kelner pamiętałby co pijemy, a na trzeci dzień napoje czekałyby na nas na stole! A ta wita się z nami jak ze znajomymi, a nie pamięta czego nie pijemy, a co pijemy? I że potrzebuję łyżeczki, żeby zamieszać sobie kawę, bo piję ją z cukrem? O co chodzi?...
Myślicie, że coś się zmieniło piątego dnia? Mylicie się. Szóstego i siódmego dnia również. Ostatniego dnia naszego dwutygodniowego pobytu ta sama kelnerka zapytała nas czy napijemy się wody, a kiedy poprosiliśmy o sok i kawę, musiałem dopraszać się o łyżeczkę. Albo to rybka Dori, albo kubańskie standardy obsługi. Stawiam na to drugie, bowiem w trakcie naszego pobytu mieliśmy jeszcze wiele okazji przekonać się, że te standardy są dalece odległe od reszty hotelarskiego świata. I to pomimo szczerych chęci ludzi tam zatrudnionych. Ewidentny brak „know-how”…
Kolejnym tego przykładem były posiłki, a raczej ich godziny rozpoczęcia. Jeśli na przykład obiad zaczynał się wg hotelowej rozpiski od 13.00, to realnie goście byli wpuszczani najwcześniej 13.20-13.30. Obsuwa na kuchni? Nie, bo widzieliśmy, jak potrawy lądowały w podgrzewaczach punktualnie, na parę minut przed godziną rozpoczęcia. Spóźnienie z przygotowaniem sali? Też nie! Stoliki były nakryte znacznie wcześniej. Więc o co chodziło? Trudno powiedzieć, faktem jest natomiast, że kelnerzy z ich szefami namiętnie o czymś dyskutowali przez cały ten czas, aż do otwarcia drzwi restauracji. Przy czym były one otwierane z rozbrajająco szczerym stwierdzeniem – Przepraszamy serdecznie za spóźnienie, to wyjątkowa sytuacja. I tak za każdym razem…Dosłownie za każdym.
Jaki był tego efekt? Ano taki, że na początku posiłków jedzenie było co najwyżej letnie, a w większości zimne, bo czekało wystawione od co najmniej 20 minut. Jeśli chciało się zjeść coś ciepłego, trzeba było przyjść na posiłek odrobinę później, kiedy pierwsza partia żarcia już zniknęła i kucharze przynosili dokładki. Wtedy jedzenie było ciepłe.
W tej monotonii znajdowaliśmy jednak pewne elementy, które za każdym razem nas zaskakiwały. Tymi elementami były braki. Co dzień brakowało czegoś innego, więc z ciekawością udawaliśmy się na posiłki z zadawanym w myślach pytaniem: „Czegoż to dziś zabraknie?” Braki dotykały najróżniejszych rzeczy. Raz zabrakło masła, w dodatku – ciekawostka – polskiego! (Mleko zresztą też było polskie. Tak, na tej wiecznie zielonej wyspie, bez zim i mrozów, komunistyczna centralnie planowana gospodarka nie potrafi wyhodować na tyle dużo krów, żeby mieć własne mleko i masło. Musi importować.) Innym razem – zabrakło sera. Pewnego dnia w barze zabrakło jednocześnie coli toniku i piwa. Taka sytuacja…
Ale nie żebym narzekał! Szybko można się było przyzwyczaić, i tak dopasować swoje potrzeby, albo raczej zachcianki, żeby być zadowolonym. W barach hotelowych podawano doskonałą kawę i rewelacyjną margaritę, że o rumie nie wspomnę. Ciekawostką było to, że w tych barach do kawy, w charakterze łyżeczek podawano słupki trzciny cukrowej. Świetny pomysł, który przyjęliśmy z zaskoczeniem, że na Kubie tak dbają o ekologię. Do czasu, jak nie powiedziano nam, że to nie żadne eko, tylko efekt totalnych braków łyżeczek do herbaty…
Głównymi klientami kubańskich hoteli są turyści z Kanady. Nic dziwnego. Po pierwsze mają stosunkowo blisko, po drugie – jak dla nich śmiesznie tanio, po trzecie – nie darli kotów z Fidelem tak jak Amerykanie, więc nie mieli nigdy embarga na podróże. Turystę kanadyjskiego można poznać w pierwszej sekundzie kontaktu z nim. Patrzysz na człowieka – obojętnie, młodego, starego, kobitę, mężczyznę, białego, czarnego czy latynosa – i wiesz już że to Kanadyjczyk! Po jednym szczególe go poznać. Każdy z Kanadyjczyków ma bowiem przy sobie termos, z którym się nie rozstaje ani na krok. Może to być mały kubek termiczny albo wielka galonowa beczułka z uchwytem jak kufel do piwa. Te termosy służą im do regularnego napełniania trunkami dostępnymi w barach i do utrzymywania stałej, niskiej temperatury tego trunku.
Po paru dniach, przyszedł czas na pierwszą fakultatywną wycieczkę - autokarową podróż do Trynidadu, miasta w którym czas zatrzymał się w XVIII wieku. Ale zanim tam trafiliśmy, po drodze zatrzymaliśmy się w niewielkim mieście Remedios i trochę większym Sancti Spiritus
Remedios. Miejsce, gdzie turyści jadący do Trynidadu kupują rum, kawę i pamiątki na straganach przy kościele. Stragany te jako prywatna inicjatywa, są pełne różnego rodzaju souvenirów, nierzadko autentycznie pięknych. Za to w sklepie z kawą i rumem – państwowym – nigdy nie wiadomo co będzie do kupienia, a czego nie będzie. Mieliśmy całkiem sporo szczęścia, bo kawy było w brud, a z rumu można było dostać markę „MULATA” – podobno jedną z najlepszych marek kubańskich. Pełnia szczęścia byłaby, gdybyśmy zastali najlepszą zdaniem przewodniczki rumową markę, ale tej akurat zabrakło…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kolejnym przystankiem było znacznie większe miasto Sancti Spiritus. Podobno w tym mieście funkcjonuje jeden z najlepszych uniwersytetów medycznych na Kubie. Dla nas istotne było to, że mieliśmy trochę czasu na samodzielne szwendanie się po ścisłym centrum, oraz że tam właśnie zjemy obiad.
Centrum miasta to oczywiście plac z przystankiem autobusowym i różnymi sklepami, oraz odchodzące od niego ulice. Jedna z nich jako żywo przypominała ulice Floriańską, albo Grodzką w Krakowie, gdyż była zamknięta dla ruchu kołowego, a ilość pieszych wskazywała że jest ona atrakcyjna nie tylko dla turystów. Przy tej ulicy był bank, do którego stała olbrzymia kolejka, posterunek policji, sporo lokalnych sklepów, kilka sklepów „tylko dla turystów” – ceny podane w CUC, oraz miejscowy targ. O dziwo, kiedy weszliśmy tam, zobaczyliśmy leżące wprost na stołach owoce, warzywa, ale też surowe i wędzone mięso i wędliny. Było ciepło, a nie było absolutnie czuć charakterystycznego zapachu psującego się mięsa. Znak, że te produkty musiały być naprawdę świeże.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obiad umiliła nam kapela składająca się na pozór z przypadkowych ludzi pozbieranych naprędce z ulicy, ubranych jedynie tak samo. Jakże złudne to było wrażenie! Kiedy Ci niepozorni, jakby stremowani ludzie zaczęli grać i śpiewać – wszyscy w naszej grupie zaczęli zbierać szczęki z podłogi! Absolutna maestria, godna największych i najlepszych sal koncertowych! W takiej atmosferze, jedzenie to niezapomniana uczta dla ciała, ale i dla ducha.

Obrazek
Obrazek
Wreszcie dojechaliśmy do Trynidadu. Stara część miasta – cudowna! Uliczki wyłożone brukiem, pnące się do góry lub opadające delikatnie w dół, przy nich kolorowe parterowe domki. W centrum kilka kolonialnych willi po dawnych plantatorach, utrzymanych tak jakby przed chwilą dopiero się wyprowadzili.
Tam też mieliśmy sporo czasu na samodzielne zwiedzanie miasta. Nasza przewodniczka, po uzgodnieniu miejsca i czasu zbiórki powrotnej, powiedziała, że jeśli ktoś chce, to nieopodal znajduje się świątynia, w której miejscowi oddają się specyficznym wierzeniom. Jest to bowiem połączenie wiary katolickiej, narzuconej afrykańskim niewolnikom po ich przybyciu na wyspę, z ich własnymi afrykańskimi wierzeniami, magią, czarna magią, woodoo i Bóg wie czym jeszcze. Powstała w ten sposób mieszanina, oparta pozornie na katolicyzmie, utrzymuje się w niektórych regionach kraju po dziś dzień.
Zaszliśmy tam. W podcieniach podwórka, po którym biegały kury, ustawione były ławki, a w rogu, na podwyższeniu, stała upiorna figurka, na podobieństwo Matki Boskiej, obłożona kwiatami. Przeszedł mnie dreszcz… Wyszliśmy stamtąd czym prędzej. Upiorne uczucie, mówię wam… brrr!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ale pomijając ten epizod, całe miasteczko zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie. Jak w każdym mieście, które odwiedzaliśmy, ludzie byli przyjaźni, a na ulicach słychać było nieustannie muzykę graną na żywo. Jeśliby ktoś miał okazję odwiedzić to miejsce – serdecznie polecam!
W drodze powrotnej, a autokarze obejrzeliśmy film dokumentalny „Kamerzysta na Kubie” – polecam! Film oczywiście, nie autokar. Wszystkie autokary na Kubie to chińska myśl techniczna. Cahakteryzuja się między innymi tym, że klimatyzacja w tych pojazdach działa zero-jedynkowo. To znaczy – albo mrozi na maksa, albo w ogóle nie wieje, przez co w tempie błyskawicznym parują wszystkie szyby, łącznie z szyba czołową. Kierowca zatem musi non stop lawirować pomiędzy lodówką a sauną. Po powrocie do hotelu, szybki drink w zawsze czynnym barze – i spać.

Czas wypoczynku mijał powoli dalej. Pewnego dnia, wracając z obiadu, szliśmy leniwie alejką w stronę pokoju. Jakieś 15 metrów przed nami, w zaroślach obok alejki, zauważyłem ruch. Do niskiego żywopłotu, oddzielającego asfaltową dróżkę od trawnika, zbliżał sią około półtorametrowy jaszczur! W jednej chwili zauważyłem tego osobnika, oraz zbliżającą się z naprzeciwka kobietę, wpatrzoną w telefon komórkowy. Zdążyłem do niej krzyknąć „Attention please!”, kiedy jaszczur wychynął z żywopłotu i dostojnym krokiem zaczął przechodzić na drugą stronę alejki. Na szczęście Kanadyjka ta zdążyła oderwać wzrok od ekranu smartfona, w samą porę by nie wejść wprost na gada i nie dostać zawału serca. Ale trzeba przyznać, że była blisko tego stanu...
Psim swędem, miałem ze sobą aparat, więc mimo że wtedy nie wiedziałem z czym/kim mam do czynienia, zacząłem strzelać zdjęcia seriami, czując się co najmniej jak Tony Halik albo sir David Attenborough. Fred, bo tak go nazwałem w myślach, wyczuwając nastrój, stał się bardzo wdzięcznym obiektem do fotografowania i nawet niespecjalnie przejawiał ochotę do zjedzenia mnie. Był piękny w swojej dostojności. Kiedy już obfotografowałem go ze wszystkich stron, uznał, że pora zakończyć sesję i zniknął w czeluściach pobliskich zarośli. Nigdy go już potem nie spotkaliśmy. Dopiero po powrocie do Polski odnalazłem informację, że spotkany Fred był legwanem kubańskim. Gatunkiem zagrożonym wyginięciem i – na szczęście dla mnie, a przede wszystkim dla owej Kanadyjki – roślinożernym... W każdym razie od tego spotkania przez cały pobytu nie rozstawałem się z aparatem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przyszła wreszcie pora na gwóźdź programu, największą atrakcję tego wyjazdu – samolotową, dwudniową wycieczką do Hawany. Okazało się, że na wyspie jest coś na kształt lotniska – 1000 metrowy całkiem nowoczesny asfaltowy pas startowy i budynek portu wielkości budki z piwem. na tyle duży, żeby dokonywać odpraw odlotów i przylotów. Jeszcze przed świtem grupa została zebrana z okolicznych hoteli i dostarczona pod lotnisko. Odprawa wyglądała jakbyśmy lecieli do USA. Wejście do środka po kilka osób jednocześnie, reszta musi stać na zewnątrz, gryziona niemiłosiernie przez maleńkie muszki piaskowe zwane przez miejscowych „Hehenes” Ugryzienie polskiego komara, to przy tym skurwysyństwie pestka. Szczęśliwcy, którzy weszli już do środka, mieli prześwietlanie bagaży, sprawdzanie paszportów i biletów na lot. po tym jak już cała grupa została odprawiona, zostaliśmy wpuszczeni do poczekalni. Nie dam sobie głowy uciąć, ale nad wyjściem chyba był zawieszony dumny napis GATE 1. W każdym razie drugiego nie było.
Zastanawiałem się, jakim to wyrobem lotniczym zostaniemy zawiezieni do Hawany i oczyma wyobraźni widziałem nagłówki w polskiej prasie w stylu. „Katastrofa AN-24 na Kubie. Wszyscy zginęli” Tymczasem zaprowadzono nas do całkiem nowoczesnego ATR-42, który zabrał nas w około godzinny lot do Hawany. po wylądowaniu, samolot podkołował na główna płytę postojową przed całkiem okazałym budynkiem międzynarodowego portu lotniczego w Hawanie, i kiedy już prawie zbieraliśmy się do wychodzenia, samolot zawrócił i przewiózł nas dostojnie na drugi koniec lotniska. Nie wiem ile pali na setkę taki ATR, ani po ile jest paliwo lotnicze na Kubie, ale wiem na pewno, że jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie pasażerów z jednego końca lotniska na drugi wozi się samolotami.
Wysadzono nas wreszcie przed parterowym budynkiem, wielkości dawnego dworca PKS w Krakowie. Nawet rozglądałem się, czy nie ma gdzieś w pobliżu baru „SMOK”, gdyż po pierwsze, chętnie bym już cos zjadł, po drugie, dworzec ten był zamknięty na głucho.
Po dobrych 20 minutach wreszcie drzwi się otwarły i rozpoczęła się procedura odprawy, taka jakbyśmy właśnie przylecieli z USA. Potem autokar i dopiero wtedy zaczęła się właściwa hawańska przygoda!
Hawana była kiedyś prawdziwą perłą Karaibów. Mogła stawać w konkury na najpiękniejsze miasto świata na równi z Paryżem, Rzymem, Madrytem, czy Barceloną. Była… I mogła. Bo już niestety, nie może.
Fidel et consortes, powinni smażyć się w piekle już choćby tylko za to, co zrobili z tym miastem. Albo właściwie, czego nie zrobili. Mieli w głębokim poważaniu, że najpiękniejsza architektura obu Ameryk nadgryzana zębem czasu, opuszczona przez prawowitych właścicieli, szabrowana i niszczona, poddaje się wreszcie i kruszy, bleknie, zapada się, zasypuje własnymi kondygnacjami, przeżartymi rdzą, kornikami i czym tam jeszcze.
W ostatnich latach, władze kubańskie, postponowane pewnie przez społeczność międzynarodową, zaczęły niemrawo ratować niektóre budynki, z olbrzymią pomocą finansową UNESCO. Ale to wszystko kropla w morzu i z pewnością nie uratuje się wszystkich zabytków.
To, co jeszcze stoi i jako tako wygląda – jest po prostu przepiękne. Bez kozery twierdzę, że jest to jedno z najpiękniejszych miast w jakich byłem, a byłem w kilku, od Berlina, Pragi, Paryża, przez Madryt, Barcelonę, Mediolan, po Kair.
Hawana ma swoją niepowtarzalną i niepodrabialną atmosferę. Jest jedyna w swoim rodzaju – koniec, kropka!
Zwiedzanie zaczęliśmy od najstarszej części miasta i placu katedralnego, przy którym stoi monumentalna archikatedra Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Panny Marii. Najważniejsza świątynia na Kubie, w której znajduje się pierwszy grób Krzysztofa Kolumba. Stamtąd przeszliśmy na Plaza Vieja, który słynie z tego że znajduje się przy nim jedyna na Karaibach camera obscura, stoją na nim wystrojone kubanki, całujące mężczyzn za pieniądze, a dzieci z pobliskiej szkoły uczą się na nim wu-efu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Chodząc po ulicach Hawany czułem się jakbym był wewnątrz filmu. Na własne oczy mogłem zobaczyć wszystkie te rzeczy, które do tej pory widziałem jedynie na filmach. Oczywiście nie można pominąć miejsc związanych z Ernestem Hemingwayem, a więc hotelu Ambos Mundos, w którym mieszkał i baru Floridita, znajdującego się przy tej samej ulicy kilkaset metrów dalej, w którym jak głosi legenda, wymyślono specjalnie dla niego drink „Daiquiri”. Mieliśmy okazję spróbować tego trunku, w miejscu jego narodzin, przy szynkwasie, o który do dziś opiera się wyrzeźbiona figura Ernesta.
Po drodze do baru mijaliśmy kolorowych przebierańców, muzyków ulicznych, grających i śpiewających jak zastępy anielskie, sprzedawców wszystkiego, żebraków, przeganianych przez policję i rzesze turystów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po tym spacerze, przyszedł czas na przejażdżkę amerykańskimi krążownikami po Hawanie. Przez chińską dzielnicę, całkowicie opuszczoną od początku lat 60-tych, przez hawański Kapitol – dokładną kopię tego waszyngtońskiego, przez największy w mieście Plac Rewolucji, po słynny Malecon – nadmorski bulwar westchnień i tęsknoty, bo stąd do wolnego swiata jest tak blisko…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po tej przejażdżce jeszcze odwiedziny na miejscowym targu przeznaczonym wyłącznie dla turystów i wreszcie przejazd do hotelu, w którym przyszło nam spędzić noc. Hotel znajdował się w willowej dzielnicy miasta, wybudowanej na wzgórzach w latach 30-tych przez Amerykanów, którzy w centrum prowadzili interesy, a na obrzeżach miasta chcieli mieć miejsce do mieszkania. Takie kubańskie Beverly Hills – cudo! Sam hotel niczym szczególnym się nie wyróżniał, no może poza barem, w którym na jednej z półek, jak gdyby nigdy nic, pomiędzy butelkami miejscowego rumu, stał polski Gin Lubuski. Po raz kolejny zbierałem szczękę z podłogi.
Rano wyjazd na lotnisko i lot na Cayo Santa Maria. Hawana została za nami, we wspomnieniach, na zdjęciach, jak piękna niegdyś, zaniedbana dziś dama z wyższych sfer, biedna, doprowadzona do nędzy, ale cały czas dumna i nosząca głowę wyniośle, świadoma swego szlacheckiego urodzenia.
O czym by tu jeszcze napisać? Może o wycieczce wypożyczonym skuterem po wyspie i odwiedzinach w delfinarium?
To była niezwykła frajda! Delfinarium jest wybudowane w morzu jakieś 50 metrów od brzegu. Prowadzi do niego pomost, a samo delfinarium posadzone jest na palach wbitych w dno, zaś baseny delfinów i żółwi są odgrodzonym kawałkiem morza. Na pewno jest to lepsze rozwiązanie niż klasyczne baseny, choćby nie wiem jak wielkie, budowane na lądzie. Kupiliśmy sobie bilety jedynie na zwiedzanie kompleksu, bez udziału w pokazie. W trakcie naszego tam pobytu trwał właśnie spektakl. My chodziliśmy sobie pomostami pomiędzy basenami delfinów, w których pływały te osobniki, które akurat nie uczestniczyły w pokazach. Wyobraźcie sobie drodzy czytelnicy, że kiedy delfiny zobaczyły publiczność – czyli nas, same z siebie zaczęły pokaz! Cóż to były za fantastyczne wygłupy! W dodatku za darmo, dla dwójki uchachanych turystów!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A w drodze powrotnej do hotelu udało nam się zobaczyć niewielkie stado flamingów. Kiedyś bardzo liczne, zostało niestety przetrzebione przez ostatni dość silny huragan i jeszcze nie zdążyło odbudować swej populacji.
Jak każdy, także ten pobyt musiał się kiedyś skończyć. Jak zwykle niespodziewanie. Jak nigdy wcześniej – zakończył się przymusową dwutygodniową kwarantanną, nałożoną z automatu przy powrocie do kraju. Na szczęście razem z żoną równie dobrze spędzamy ze sobą dwa tygodnie siedząc w domu, jak i dwa tygodnie na wakacjach.
Kuba pozostawiła po sobie niezatarte, wciąż żywe wrażenia. Jest tak inna, od wszystkiego tego co dotychczas widziałem. Czy jeszcze tam wrócimy albo czy chcielibyśmy tam wrócić?
Hmm… raczej nie. I nie dlatego że nie chcemy.
Jest jeszcze tyle hoteli w Egipcie, w których nie byliśmy…
Za ten post autor beny otrzymał podziękowania (total 3):
oldi (30 sty 2022, 01:35) • McJack (30 sty 2022, 10:16) • farmi (30 sty 2022, 18:38)
Awatar użytkownika
McJack
Posty: 1351
Rejestracja: 19 sie 2021, 21:44
Podziękował;: 1794 razy
Otrzymał podziękowań: 663 razy

Re: Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Post autor: McJack »

Wspaniała relacja. Szczegóły pozwalające poczuć się jak bym tam był razem z Wami.
Świetne zdjęcia, moc przygód i wrażeń.
Siadłem z niedzielną kawą, otworzyłem Egiptowo, i na jednym wydechu przeczytałem wszystko.
Dziękuję Beny, Gracias !!! Gratuluję wspaniałych wakacji.
Za ten post autor McJack otrzymał podziękowanie:
beny (30 sty 2022, 11:11)
...byle do urlopu...
Awatar użytkownika
beny
Posty: 356
Rejestracja: 19 sie 2021, 21:16
Podziękował;: 347 razy
Otrzymał podziękowań: 161 razy

Re: Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Post autor: beny »

McJack pisze: 30 sty 2022, 10:22 Wspaniała relacja. Szczegóły pozwalające poczuć się jak bym tam był razem z Wami.
Świetne zdjęcia, moc przygód i wrażeń.
Siadłem z niedzielną kawą, otworzyłem Egiptowo, i na jednym wydechu przeczytałem wszystko.
Dziękuję Beny, Gracias !!! Gratuluję wspaniałych wakacji.
Dla takich opinii warto żyć i pisać! To dla mnie przyjemność i wielki zaszczyt, móc dzielić się z Wami moimi wspomnieniami!
taskar
Posty: 5674
Rejestracja: 17 sie 2021, 21:37
Podziękował;: 76 razy
Otrzymał podziękowań: 1140 razy

Re: Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Post autor: taskar »

1. I już wiem, że lubię Kanadyjczyków :)
2. Czemu, do cholery, nie wziałeś przynajmniej 14 dnia tej wody na śniadanie?! Może dostałbyś razem z łyżeczką/trzciną? A ty codziennie zmuszałeś kobitkę, żeby swoją prywatną łyżeczkę ci pożyczała. Nieładnie ;)
3. Gin lubuski - nie widziałem tej trucizny ze 30 lat. Ale tak to widocznie jest - w latach 90-tych XX w. we Włoszech zaskoczyło mnie to, że najdroższe alkohole w każdym, bogato zaopatrzonym w wina i szampany barze, były polskie wódki czyste.
4. Generalnie... wszystko, co na Kubie nie działa tak, jak powinno, przypomniało mi, że w naszym socjalistycznym PRL też było tak samo - wiele rzeczy mogło być normalne, ale... nikomu się nie chciało robić tego czy tamtego.
5. Jaszczur po prostu zwala z nóg. Ale masz, człowieku, fart! No po prostu boski. I fotki - klasa! W zasadzie jedyne co można im zarzucić, to.. że jakoś czuć je MALIZNĄ :) Dawaj więcej, nie wymigasz się!
Za ten post autor taskar otrzymał podziękowanie:
beny (30 sty 2022, 15:36)
Czasami myślę, że bóg, tworząc człowieka, przecenił trochę swoje możliwości (O. Wilde)
taskar
Posty: 5674
Rejestracja: 17 sie 2021, 21:37
Podziękował;: 76 razy
Otrzymał podziękowań: 1140 razy

Re: Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Post autor: taskar »

Aaaa. no i promenada.. jak w Hurghadzie!
Czasami myślę, że bóg, tworząc człowieka, przecenił trochę swoje możliwości (O. Wilde)
Awatar użytkownika
McJack
Posty: 1351
Rejestracja: 19 sie 2021, 21:44
Podziękował;: 1794 razy
Otrzymał podziękowań: 663 razy

Re: Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Post autor: McJack »

taskar pisze: 30 sty 2022, 13:36 Aaaa. no i promenada.. jak w Hurghadzie!
Taskarku, nie zgadzam się, zdjęć jest dużo, Beny się nazapieprzał mocno żeby tyle ich wstawić.
A jak już, to dodam że historia jest długa i esencjonalna - jak na forum, zdjęcia są we właściwym miejscu historii, i są złapane mocno i konkretnie na obiekcie, widać że autor chce coś pokazać to nie przypadkowe pstryki gdzie się komu ręka spóźniła, zatrzęsła itp.
Zrobić dobre zdjęcie, które jest nierozmazane a na którym jest przekaz jest dużo trudniej niż nakręcić film kamerką jak to robi milion Youtuberów. Te dwie, siedzące super kolorowo ubrane niewiasty - ich twarze są tak naturalnie uśmiechnięte ale i tak łagodnie ale wyraźnie oświetlone jakby przed nimi stał fotograf i sztab z reflektorami i ,,parasolami" ekranującymi. Aparat dobry jest to też fakt.
Oldi też ma dobre oko by użyć aparatu, no i Shibuya też potrafi.

A mnie ta promenada nadmorska to przypomina też tą znaną ze zdjęć z Aleksandrii.
Za ten post autor McJack otrzymał podziękowania (total 2):
beny (30 sty 2022, 15:31) • oldi (30 sty 2022, 18:14)
...byle do urlopu...
Awatar użytkownika
beny
Posty: 356
Rejestracja: 19 sie 2021, 21:16
Podziękował;: 347 razy
Otrzymał podziękowań: 161 razy

Re: Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Post autor: beny »

Przy wyborze zdjęć ilustracyjnych pierwsza selekcja zamkneła się na ilości ok. 200..
Więc następna selekcja ograniczyła ilość do 183...
No więc następna selekcja jakiej dokonałem, dała wynik 144... Fotosik zwariował.
Jak podpowiecie, gdzie hostingować taką ilość, to je tu z przyjemnością wrzucę. (Chciałem wykupić płatny hosting na Fotosiku, ale coś im nie działają płatności)
Awatar użytkownika
beny
Posty: 356
Rejestracja: 19 sie 2021, 21:16
Podziękował;: 347 razy
Otrzymał podziękowań: 161 razy

Re: Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Post autor: beny »

Dobra, zobaczmy czy się uda!

Na specjalne życzenie Taskarka - pierwsza część pt. "Ludzie na Kubie"

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Za ten post autor beny otrzymał podziękowanie:
oldi (30 sty 2022, 18:16)
Awatar użytkownika
beny
Posty: 356
Rejestracja: 19 sie 2021, 21:16
Podziękował;: 347 razy
Otrzymał podziękowań: 161 razy

Re: Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Post autor: beny »

To lecimy dalej!
Tym razem - "Motoryzacja na Kubie"

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Za ten post autor beny otrzymał podziękowanie:
oldi (30 sty 2022, 18:15)
Awatar użytkownika
beny
Posty: 356
Rejestracja: 19 sie 2021, 21:16
Podziękował;: 347 razy
Otrzymał podziękowań: 161 razy

Re: Zapach Egiptu część IV - Na Kubie

Post autor: beny »

Kolejna część - "Przyroda i krajobraz Kuby"

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Za ten post autor beny otrzymał podziękowanie:
oldi (30 sty 2022, 18:18)
ODPOWIEDZ